20 lip 2015

2. Zagubiona dusza


Rozdział 2


Wszystko wydawało się, jakby było na swoim miejscu, ale oprócz tego idealnego porządku, który zawładnął otoczeniem, nic nie było tak jak powinno być. Całą noc przeleżałem na łóżku, a mój wzrok nie spuszczał jednego punktu z sufitu. Biała plamka okazała się teraz najlepszą rzeczą, która mogła mnie spotkać, choć wolałbym, żeby to było coś zupełnie innego. Przymknąłem na chwilę powieki, ponieważ teraz sen był o wiele bardziej odczuwalny niż wtedy, kiedy panował całkowity zmrok. Dzisiaj znów świeciło słońce i promienie znów przedzierały się przez rolety. Gdyby tylko tu była, mógłbym szczerze powiedzieć, że dzień zacznie się dobrze.
Obróciłem się na drugi bok, kiedy zaczynałem odczuwać dyskomfort spowodowany zbyt długim leżeniem w tej samej pozycji. Przetarłem oczy i dopiero wtedy postanowiłem wstać. Musiałem doprowadzić swój organizm do takiego stanu, w którym mógłbym chociażby trochę funkcjonować jak człowiek. Domyśliłem się, że nie będzie to zbyt łatwe do wykonania, ale nie zamierzałem się poddawać. Nie zrobiłem tego wczoraj, kiedy zadanie było o wiele trudniejsze, więc dzisiaj też nie wymięknę.
Chwyciłem z krzesła dresy, po czym skierowałem się do łazienki, gdzie wziąłem szybki i zimny prysznic. Czułem się teraz mniej senny niż wcześniej, ale to wciąż nie wystarczyło, żebym był jak osoba, która przespała więcej niż siedem godzin snu. Kiedy opuściłem toaletę, podszedłem do okna i siadając na parapecie, chwyciłem paczkę papierosów, z której wyjąłem jedną fajkę i zapalniczkę. Obróciłem przezroczysty, czerwony przedmiot w dłoni, zastanawiając się, czy aby na pewno chcę teraz palić. Mimo tego, co siedziało w mojej głowie, odpaliłem papierosa. Dym szybko zapełnił moje płuca, a ja naprawdę poczułem się lepiej. Nic mi bardziej nie pomaga, szczególnie w takich chwilach jak ta.
Wyrzuciłem przez okno zagaszony niedopałek, a następnie poszedłem do kuchni, gdzie zacząłem przygotowywać kawę oraz jakieś drobne śniadanie. Nie byłem głodny, a przynajmniej tego nie odczuwałem, ale nie mogłem nie jeść trzeci dzień. Musiałem teraz na siebie uważać, żeby jak najlepiej wykonać wszystkie swoje zadania. Zostało ich tylko dziewięć, ale jeśli będą takie, jak wczorajsze, nie ma mowy, że nie uratuję Shay. W głowie odtwarzałem sobie każdy ruch, jaki zazwyczaj wykonywała moja kobieta. Spędziłem dopiero jeden dzień bez niej, ale ta pustka byłą niewyobrażalnie wielka. Rozejrzałem się dookoła, po czym usiadłem na krześle, a ręce oparłem na stole. Nie wiedziałem co ze sobą począć.
– Pierdolę to! – krzyknąłem, uderzając dłonią w zimny blat.
W tym samym momencie usłyszałem nieznośny dźwięk telefonu, przez co szybko poderwałem się z miejsca i pobiegłem do salonu. Odnalazłem przedmiot leżący obok łóżka i pospiesznie przesunąłem palcem po ekranie, myśląc tylko o tym, że liczy się każda sekunda.

– Witaj, Irwin – odezwał się, sprawiając, że się skrzywiłem z obrzydzenia. – Twoja dziewczyna przyznała, że umiesz jeździć na motorze i nawet jeden masz – przerwał na chwilę, żeby głośno się zaśmiać, po czym dodał: – Więc drugie zadanie nie sprawi ci żadnego problemu.
– Mów o co chodzi i miejmy to już za sobą – burknąłem, powoli podchodząc do okna.
– Spokojnie, mamy dużo czasu.
– Nie gadaj głupot, kimkolwiek jesteś. – Spojrzałem przed siebie i w chwili, w której ujrzałem podejrzany samochód naprzeciwko budynku, w którym mieszkam, doznałem małego olśnienia. – Mogę się założyć, że ten czarny samochód należy do ciebie – pewnie powiedziałem, a na moją twarz wpłynął delikatny uśmiech.
– Zgadłeś, Sherlocku, ale niestety nie ma w nim ani mnie, ani twojej dziewczyny. – Znów się zaśmiał. – Dobra, Irwin, pokażesz dzisiaj, co jesteś w stanie zrobić, żeby uratować kogoś tak nudnego jak ona. – Usłyszałem w słuchawce jej głośny krzyk, przez co ponownie się skrzywiłem, czując, że to moja wina. To ja powinienem cierpieć, nie ona.
– O co ci chodzi? – zapytałem, siadając na łóżku.
– Pewnie słyszałeś o ulicznych wyścigach, prawda? – przytaknąłem, a on kontynuował: – Weźmiesz w jednym udział, dzisiaj wieczorem.
– Nie jeżdżę od roku – wtrąciłem, czując jak przez moje ciało przechodzą negatywne emocje.
– Jeśli nie wykonasz zadania, ona zginie, więc lepiej posłuchaj do końca. W wyścigach bierze udział osoba, której po prostu nienawidzę. Zawsze wygrywa, ale tylko przez to, że ma kumpli, którzy likwidują jego przeciwników. Na nich musisz uważać i pilnuj motoru, żeby nic nie rozkręcili. Pierwszy wyścig możesz obejrzeć, zobacz jak ten skurwiel jeździ, ale w drugim bierzesz udział i go niszczysz, rozumiesz?
– Pojadę dopiero, gdy zobaczę wszystkie jego słabości – oznajmiłem, w duchu ciesząc się z planu, jaki sobie przygotowałem.
– Moi przyjaciele zadbają o to, by kumple Jake'a nic ci nie zrobili, ale ty musisz zrobić wszystko tak dokładnie jak w instrukcji, którą ci przekażą. Jeśli się nad nim zlitujesz, wiesz co się stanie.
– Jakie instrukcje? – zapytałem zdezorientowany. – Kpisz ze mnie czy co?
– Stosuj się do zasad, Irwin – powiedział, po czym ostatnie co usłyszałem to głośny krzyk Shay.
Czułem się jakby ktoś właśnie zadał mi mocny cios w policzek. Nie wiedziałem jak się zachować, do wieczora zostało jeszcze kilka godzin i na pewno nie przesiedzę tego w tym pomieszczeniu. Nie mogę tak zwyczajnie się nudzić, podczas gdy moja dziewczyna jest torturowana. Muszę zacząć działać, nawet jeśli nie wiem, od czego zacząć. Usłyszałem dzwonek do drzwi, przez co szybko się poderwałem, aby je otworzyć. Po drugiej stronie stało dwóch wysokich i cholernie napakowanych gości. Obaj ubrani byli na czarno, a ich charakterystycznym elementem były ciemne okulary przeciwsłoneczne. Spojrzeli na mnie, po czym tylko kiwnęli głową, dając mi znać, że mam za nimi iść. Nie protestowałem. Wolałem wyjść sam, niż gdyby wyciągnęli mnie z mieszkania siłą. Zakluczyłem drzwi, a następnie szedłem za nimi w kierunku windy. Trochę się denerwowałem, ponieważ wolałbym zejść schodami, tak dla własnego dobra, jakby nagle zachciało im się coś mi zrobić. Kiedy weszliśmy do windy, a drzwi się zamknęły, oboje odwrócili się w moją stronę, a jeden z nich sięgnął do kieszeni marynarki. W tym momencie moje serce zaczęło bić niewyobrażalnie szybko, a myśli krążyły tylko wokół jednego wyrazu – pistolet. Byłem pewny, że to właśnie znajdzie się w jego ręce, gdy już przestanie przysłaniać ją marynarka, ale na szczęście byłem w błędzie. Odetchnąłem, mając nadzieję, że tego nie zauważyli.
– Twoje zadanie – powiedział, podając mi kopertę z kartką w środku. Pospiesznie ją rozpakowałem i wczytałem się w treść.
– Zabieracie mnie już w miejsce, gdzie będą wyścigi? – zapytałem zdezorientowany, nim rzeczywiście zacząłem czytać.
– Jedziemy po twój motor – odpowiedział drugi, a potem oboje się odwrócili, ponieważ winda właśnie zjechała na sam dół.
Szedłem za nimi prosto do ich samochodu, a stres coraz bardziej mi towarzyszył. Kiedy otworzyli przede mną drzwi czarnego BMW, niepewnie wsiadłem do środka, po czym spojrzałem na trzymaną w dłoniach kartkę. Nie wiedziałem co tym razem wymyślili, ale w głębi duszy czułem, że to przewyższy moje możliwości. Tego właśnie się bałem. Bałem się, że nie będę potrafił zrobić tego, co mi każą, ale nie mogłem rezygnować. Cokolwiek to będzie, muszę postępować według instrukcji, tak jak mówił ten frajer, który obecnie jest moim szefem.
– Skąd wiesz, gdzie jechać? – Spojrzałem na kierowcę, a on tylko się zaśmiał. Czy w moim pytaniu naprawdę było coś śmiesznego?
– Irwin, wiemy o tobie więcej niż myślisz.
– W takim razie jak ma na imię moja siostra? – Lekko się uśmiechnąłem, wiedząc, że i tak nie odpowiedzą dobrze.
– Nie masz siostry – powiedział koleś siedzący obok kierowcy.
– Ale twoja przyrodnia siostra ma na imię Emily – dodał drugi, przez co mój uśmiech nagle zniknął, a na twarz wpłynął grymas zaniepokojenia.
– Zdziwisz się kogo jeszcze na swojej drodze spotkasz.
– Nie chcę tego wiedzieć – mruknąłem, rozprostowując kartkę.
Wiesz już, co musisz zrobić, ale nie wiesz wszystkiego dokładnie. Steve i Ron mają dla Ciebie prezent, jestem pewny, że go polubisz. Nie jest duży, ale spokojnie mieści się do spodni, więc nikt nic nie będzie podejrzewał. Użyjesz go na końcu wyścigu, mam nadzieję, że sprawisz, że Jake będzie leżał na glebie i błagał o litość.
Miłej zabawy, Irwin.
– Czy on zawsze będzie się tak komunikował? – zapytałem nieświadomy tego, że słowa rzeczywiście uleciały z moich ust.
– To jest część gry – burknął jeden z nich, a po samym głosie mogłem stwierdzić, że był to kierowca.
– Więc wasz szef jest takim tchórzem, że nie potrafi się pokazać i załatwić sprawy jak należy? – Cicho się zaśmiałem, ale po chwili przestałem, gdy poczułem zimną pięść na swoim policzku. – Dobra, rozumiem! – wrzasnąłem zirytowany.
– Szybko się uczysz. Ron, idziesz z nim do środka. Wypad, Ashton. Masz ogarnąć swój motor i za godzinę ładujemy go na lawetę. – Przytaknąłem, po czym opuściłem samochód i skierowałem się do małego garażu, gdzie trzymałem wszystkie rzeczy, których Shay nienawidziła.
Powoli otworzyłem metalowe drzwi i wszedłem do środka. Wokół nie panowała ciemność, tylko dlatego, że na zewnątrz wciąż było jasno. Przeszedłem obok motoru i podszedłem do kombinezonu, który zwykłem zakładać na jazdy. Przejechałem po nim dłonią, po czym ściągnąłem z wieszaka i nie zwracając uwagi na stojącego przed drzwiami faceta, zacząłem się przebierać. Czułem się jak nowo narodzony, gdy obcisły, skórzany strój znalazł się na moim ciele. Wreszcie podszedłem do motoru i usiadłem na nim, jednocześnie przekręciłem kluczyk, aby ponownie usłyszeć dźwięk silnika. Uśmiechnąłem się, kiedy to się stało. Mimo że od ostatniej jazdy minął rok, nie potrafiłem dostrzec ani jednej wady, która mogłaby być wywołana zbyt długim staniem bez ruszania, ale nie chciałem ryzykować.
– Muszę go wypróbować – powiedziałem dosyć spokojnie, patrząc Ronowi prosto w oczy.
– Tylko bez żadnych numerów. – Kiwnąłem głową, a on odsunął się, robiąc mi miejsce, bym mógł spokojnie wyjechać.
Już po kilku sekundach jazdy na mojej twarzy pojawił się szeroki i cholernie trudny do skontrolowania uśmiech. Miałem teraz wrażenie, że jestem znów małym dzieckiem. To właśnie tak na mnie działało. Nie potrzebowałem niczego więcej, wystarczyła nawet ta krótka jazda, abym zapomniał o wszystkich problemach i zmartwieniach. Dzięki temu nabrałem nowych sił, które pomogą przetrwać mi kolejne dni.
Zatrzymałem się obok Rona, który wyglądał tak, jakby w ogóle nie interesował się moją obecnością. Spod przymrużonych powiek przyglądałem się jego sylwetce, podczas gdy on rozmawiał z kimś przez telefon. Odchrząknąłem i dopiero wtedy zwrócił na mnie uwagę. Rozłączył się i schował telefon, ale zdążyłem zauważyć troskę, która przez chwilę widniała na jego twarzy. Czyli człowiek taki jak on, też ma uczucia.
– Jestem gotowy – powiedziałem, powoli schodząc z pojazdu.
– Niezła maszyna – skomentował, a ja tylko przytaknąłem. – Czemu już nie jeździsz? – Spojrzał na mnie, gdy wyciągnął paczkę z papierosami i skierował ją w moją stronę. Z wielką chęcią chwyciłem papierosa, którego chwilę później zapaliłem.
– Shay bała się, że coś mi się stanie, aż w końcu postawiła mi ultimatum. Nie zamierzałem jej tracić, dlatego pożegnałem się z motorem – powiedziałem, po czym zaciągnąłem się kilka razy pod rząd.
– Stary, ty naprawdę ją kochasz. – Zaśmiał się, choć bardziej brzmiało to jak chichot.
– Jest najlepszym co mnie spotkało w tym gównianym świecie.
– Panie, zamierzacie tak stać, czy załadujecie motor? – Spojrzałem w stronę samochodu, gdzie zza szyby wystawała głowa Steve'a.
Wspólnie z Ronem wpakowaliśmy motor na lawetę i przypięliśmy go pasami, aby podczas jazdy nie zsunął się w dół, po czym wsiedliśmy do samochodu, dzięki czemu Steve mógł ruszyć. Nie przejmowałem się tym, że nie zamknąłem garażu na kłódkę, ale w tym momencie nie było to aż tak ważne. W tamto miejsce i tak rzadko ktoś przychodzi, a jeśli coś się stanie, kamery umieszczone w górnych rogach wszystko nagrają i nie problem będzie odnaleźć sprawcę.
Spoglądałem za krajobraz znajdujący się po drugiej stronie szyby. Kompletnie nie interesowało mnie o czym rozmawiają podwładni osoby, która sprawiła, że jestem teraz w tym a nie innym miejscu. Słyszałem tylko urywki rozmowy, które wydawały się mało ważne. W tym momencie myślałem o tym, jak bardzo Shay byłaby szczęśliwa, gdyby zobaczyła tak piękny zachód słońca. Wyobrażałem sobie jak radośnie biega i robi zdjęcia, które później zapisze na dysku swojego laptopa, nie chcąc, abym je zobaczył. Nigdy nie wierzyła w swój talent odnośnie fotografii, ale ja zawsze wiedziałem, że jej zdjęcia są idealne. Ważne, że dla mnie takie były, ale nigdy nie chciała w to uwierzyć.
Ocknąłem się dopiero, gdy poczułem szturchnięcie za ramię. Wciąż nieobecnym wzrokiem spojrzałem na Rona, który zniecierpliwiony stał już obok samochodu. Odpiąłem pas, po czym wysiadłem i zabrałem się za ściągnięcie motoru, jednak zostałem powstrzymany.
– Póki co my zajmujemy się sprzętem, ty robisz rozeznanie. Podczas drugiego wyścigu zdejmujemy motor i w trzecim jedziesz – oznajmił, na co tylko przytaknąłem i poszedłem w miejsce, gdzie zebrała się już duża grupka ludzi chcących obserwować pierwszy wyścig.
– Który to Jake? – zapytałem przypadkową osobę, którą okazała się niska brunetka. Spojrzała na mnie szeroko uśmiechnięta, a potem wskazała na faceta w czarnej skórze, który obecnie stał na siedzeniu swojego motoru. Pokręciłem kpiąco głową, to był tani chwyt.
– To mój chłopak – powiedziała, jeszcze bardziej się uśmiechając.
– Cóż – zacząłem, starając się dobrać właściwe słowa. – Niedługo będziesz go opłakiwać, więc możesz zacząć już teraz. – Zaśmiałem się z samego siebie, ponieważ nie było to dokładnie to, co chciałem jej powiedzieć.
– Pieprz się! – krzyknęła, jednocześnie pokazując środkowego palca, po czym przeszła na początek tłumu, aby znaleźć się obok swojego chłopaka.
Z uśmiechem przyglądałem się jak dziewczyna wskazuje na mnie palcami, a Jake ze zmarszczonymi brwiami idzie w moim kierunku. W ciągu kilku sekund poczułem jak przewraca mi się żołądek, kiedy zrozumiałem, kim jest. Może i zmienił imię, ale twarz wciąż ma taką samą, nawet jeśli pojawił się zarost, a rysy stały się bardziej wyraźne.
– Theo – szepnąłem, kiedy stanął naprzeciwko mnie.
– Ashton – burknął, mierząc mnie wzrokiem od góry do dołu w taki sposób, w jaki robią to dziewczyny. – Czego tu szukasz?
– Wracam do gry. – Uśmiechnąłem się, ale od razu przestałem.
– Nie pieprz głupot, nikt cię tu nie chce.
– Coś nie tak? – Steve nagle stanął obok mnie, przez co Theo nieco się cofnął. Chciało mi się śmiać, ale zmusiłem się do poważnej miny.
– Jadę w pierwszym wyścigu – oznajmiłem, spoglądając na Steve'a. – Przygotujcie motor.
– Kurwa mać, Irwin! – krzyknął, szarpiąc mną za ramiona. – Zasady są inne.
– Pieprzę te zasady, Steve. Znam go od wielu lat, wiem o każdej jego słabości, więc czemu do cholery nie mogę teraz jechać?! – Spojrzałem na niego zirytowany, a kiedy ujrzałem zrezygnowaną minę, ucieszyłem się.
– Do zobaczenia, Ashton – powiedział Theo, głośno się śmiejąc.
– Ostatni raz wyliż swoją dziewczynę – syknąłem, odwracając się do niego plecami.
Przyglądałem się jak Steve wraz z Ronem ściągają mój motor, a potem prowadzą go w moją stronę. Przez cały ten czas trzymałem mocno zaciśnięte pięści, a moje ciało tylko się trzęsło. Nie potrafiłem nad tym zapanować, ale gdzieś w głębi duszy wcale tego nie chciałem. Każda negatywna emocja pozytywnie na mnie działała i byłem pewny, że to tylko ułatwi mi dokończenie zadania. Podszedłem do miejsca, z którego będę startować, by po chwili usiąść na motorze i spod przymrużonych powiek spojrzeć na radosnego Theo. Wyglądał tak beztrosko, tylko dlatego, że był pewny swojej wygranej, która tym razem nie nadejdzie. Spojrzałem przed siebie, chcąc na chwilę zapomnieć o jego obecności i właśnie wtedy podszedł do mnie Ron.
– Musisz tego użyć, żeby zakończyć zadanie. Jack ma nie żyć – oznajmił, podając mi średniej wielkości pistolet, który od razu schowałem pod koszulkę. Miałem szczerą nadzieję, że nikt tego nie zauważył.
– Nie ma problemu – powiedziałem całkiem pewnie.
Ponownie przed siebie spojrzałem, ale kątem oka wciąż widziałem jak Ron odchodzi kawałek do tyłu. Kilka metrów między mną a Theo pojawiła się dziewczyna, której strój był prawie niewidoczny. Miała na sobie ledwo widoczne szorty i stanik, chociaż wyglądało to tak, jakby go nie miała. Uniosła prawą rękę z flagą, po czym coś krzyknęła, na co wspólnie z Theo pokiwaliśmy głowami. Chwilę później opuściła rękę, a mój motor jakby na zawołanie wystartował, pozostawiając Theo w tyle. Zawsze miał słabe starty, dlatego nieco zwolniłem, by mógł minimalnie mnie wyprzedzić. Kiedy wreszcie mu się udało, ponownie przyśpieszyłem i wjechałem w jego tylne koło, sprawiając, że się zachwiał. Uśmiechnąłem się, ponieważ to naprawdę sprawiło mi przyjemność. Widząc bliskość mety postanowiłem zacząć działać.
– Trzymaj się, Theo! – krzyknąłem, po czym wjechałem w niego, spychając jego motor w bok.
Zatrzymałem się, kiedy leżał na ziemi i zszedłem z motoru, powoli wyciągając pistolet. Jego przerażenie było całkiem widoczne, ale nie przejmowałem się tym. Nie pałałem do niego żadną sympatią, dlatego zabicie go nie było czymś trudnym. W dzieciństwie miałem przez niego problemy z rówieśnikami. Sprawiał, że żaden chłopak nie chciał ze mną rozmawiać, aż wreszcie wszystko się zmieniło i to ja zacząłem być bardziej lubiany niż on. Wtedy zniknął, a ja nie miałem możliwości na zemstę, aż do teraz. Stanąłem nad nim i ustawiłem pistolet tak, żeby kula cisnęła prosto w jego głowę. W myślach zacząłem odliczać do dziesięciu, ale mi przerwał.
– Ej, Ashton, stary, uspokój się – błagał, ale jego słowa przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
– Mówiłem, żebyś zaczął się żegnać, czemu mnie nie posłuchałeś? – zadrwiłem z niego.
– Co ci odbiło? – Spojrzał na mnie wyraźnie przestraszony, a w mojej głowie jakby nagle coś zaskoczyło.
– Trzy, dwa, jeden... – odliczyłem, po czym nacisnąłem spust.
Usłyszałem charakterystyczny dźwięk wystrzelonej kuli, przez co zamknąłem na chwilę powieki. Kiedy je otworzyłem, Theo był już martwy. Obróciłem głowę, a wtedy zobaczyłem tłum ludzi biegnący w moją stronę. Na samym przodzie byli Steve i Ron, którzy gestykulując pokazywali mi, że mam uciekać. Nie protestowałem. Od razu wsiadłem na motor i odjechałem, ani razu się nie odwracając. Byłem pewny, że chłopacy sprawią, że nie będę winny i nie pójdę siedzieć. Teraz wszystko jest w ich rękach, a ja dopiero teraz zrozumiałem, że już im zaufałem.  

Jakie wrażenia po rozdziale? Mówiłam, że Ashton odkryje w sobie swoją ciemną stronę i tak się stało. Liczę na to, że się wam podoba. :)

2 komentarze:

  1. Ten fragment z Theo na początku zabrzmiał tak, jakby on był dla Asha kimś ważnym kiedyś, a potem pufff i się okazuje, że wcale nie.
    A ten koleś co do niego dzwoni, o matko, ten to jest porąbany, heh.
    Kreatywny pomysł z takim ff. :D
    Pozdrówki!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział genialny nie sądziłam że Asthon go zabije na początku ale widzę żeby uratować Shay zrobi wszystko najlepszy moment z tego rozdziału było zabicie Theo po prostu to odliczanie i strzał to było mega *_*

    OdpowiedzUsuń

Followers