10 lip 2015

2.Liar


Second.

Obudziłam się ze strasznym bólem głowy. Powoli próbowałam wstać, ale mój wysiłek na nic się nie zdał. Nie byłam wstanie ruszyć nawet jedną moją kończyną. Jęknęłam przeciągle i z powrotem przymknęłam oczy. Zrobiłam kilka głębokich wdechu i usiadłam. Ból nasilił się jeszcze bardziej, ale dzielnie starałam się go wytrzymać.
Rozejrzałam się po pokoju i z niepokojem stwierdziłam, że on nie należy do mnie. Mój miał zielone ściany oraz meble o kolorze ciemnego orzechu. Ten zaś był fioletowy, a meble zrobione były z jasnego dębu. Najgorsze było to, że nie pamiętałam, jak się w nim znalazłam. Na całe szczęście byłam w swoich ubraniach, tylko nie miałam na sobie butów. Bałam się, że to może być dom jakiegoś psychopaty, ale wtedy zobaczyłam ją.
Korkowa tablica wisiała na lewej ścianie pomieszczenia. Niby nic takiego, ale na niej były powieszone zdjęcia, na których byłam ja i Lottie. I wtedy mnie olśniło. Byłam u niej w domu! Odetchnęłam z ulgą i w ślimaczym tempie – ponieważ ból nadal dawał o sobie znać – stanęłam na nogi.
Powoli podeszłam do jednej z szuflad i wyciągnęłam swoje czyste rzeczy. Często przesiadywałam u Charlotte, więc zawsze na wszelki wypadek miałam u niej swoje zapasowe ubrania. Tak samo było u mnie.
Przeszłam do łazienki, aby zażyć ciepłego prysznicu. Ciepła woda, to najlepsza metoda, jeśli chodzi o rozluźnienie spiętych mięśni.
Odświeżona i z lekkim uśmiechem na ustach postanowiłam sprawdzić, czy jest ktoś w domu. Po cichu zeszłam do salonu, jednakże nikogo w nim nie było. Skierowałam się więc w stronę kuchni, a kiedy tylko przekroczyłam jej próg zobaczyłam Lottie siedzącą przy wyspie kuchennej.
— Tobie kac też daję się we znaki? – spytałam i usiadłam obok przyjaciółki.
— Blondynka popatrzyła się na mnie i oparła głowę o rękę.
— Weź mi nie mów. Tak mi łeb napierdziela, że najchętniej, to bym się zwinęła w kłębek i przeczekała, aż mi przejdzie. Ale nawet na to nie mam siły. Te tabletki przeciwbólowe nic nie dają – jęknęła.
— A gdzie ty je trzymasz?
— Pierwsza szafka po prawo od lodówki – mruknęła.
— Nic nie odpowiedziałam, tylko wstałam i podeszłam w miejsce wskazane przez dziewczynę. Wyjęłam jedną tabletkę, po czym popiłam ją wodą z kranu. Zaplotłam ręce pod moim biustem, przenosząc swój wzrok na przyjaciółkę.
— Czemu tu tak cicho? — zapytałam.
— Rodzice pojechali do jakiejś ciotki, której nigdy na oczy nie widziałam, Mike tu nie mieszka, więc nie wiem co robi, a Alan zabrał Mary do sklepu.
Pokiwałam głową, bo to wyjaśniało, dlaczego nie było takiego gwaru, jaki był zawsze. Dosiadłam się do niebieskookiej i zabrałam z półmiska czerwone jabłko, które aż się prosiło o to, żeby je zjeść.
Mary była młodszą siostrą Charlotte. Ta piętnastoletnia rudowłosa dziewczyna miała w sobie tyle energii, że spokojnie mogłaby wytwarzać prąd dla całej dzielnicy. Wszędzie jej było pełno, zawsze chciała wszystko wiedzieć. Nigdy nie udało jej się wytrzymać bez gadania dłużej niż pięć minut.
— Jak myślisz ile potrwa ten błogi stan zwany ciszą? – zapytałam, po czym kolejny raz wgryzłam się w jabłko.
— A bo ja wiem? Mogą przyjść za dziesięć minut, albo dwadzieścia – odpowiedziała, a jej wypowiedź Charlotte przerwał trzask drzwiami i głośny pisk – albo teraz.
Blondynka przymknęła oczy, jakby była przygotowana na najgorsze.
— Cześć wam! – Do kuchni niczym wicher wpadła Mary.
— Hej – rzucił Alan i usiadł obok swojej dziewczyny.
Już miałam otwarte usta, aby odpowiedzieć, jednak rudowłosa mi na to nie pozwoliła nic powiedzieć, ponieważ zaczęła gadać jak najęta.
— Nie uwierzycie co się stało! Ja! JA! Nie kto inny! Właśnie ja! Spotkałam GO! O mój boże! I on tak pięknie wyglądał! Aaaa! I uśmiechnął się do mnie! I powiedział, że mnie kocha! I że jestem śliczna! On jest taki kochany!
— May biegała jak nienormalna po pomieszczeniu, a ja razem z Charlotte automatycznie popatrzyłyśmy się na Alan'a.
— Ej! To nie moja wina, że tak się zachowuje – odpowiedział i podniósł do góry ręce w geście poddania.
— To kogo ona takiego spotkała? – Lottie przyjrzała się brunetowi. – Nie... Proszę cię, tylko mi nie mów, że to był... – nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ jej młodsza siostra wydarła się na cały dom.
— Spotkałam Justin'a Biebera! On jest taki kochany! Ja go spotkałam!
— Chyba się powieszę. – Charlotte oparła głowę o blat. – Mogła by słuchać dobrego rock'a jak my, ale nie! Ona musi kochać durną gwiazdę pop'u od siedmiu boleści.
Po wypowiedzi blondynki nastolatka stanęła na środku kuchni i oburzona popatrzyła się na starszą siostrę.
— Wiem czemu to powiedziałaś. Chcesz mi zniszczyć dzień, ale nie uda ci się to. Nikomu się nie uda. – Po tych słowach Mary opuściła kuchnię.
— Nareszcie. – Charlotte się uśmiechnęła.
— A ja widzę, że kac was nieźle trzyma. – Alan się zaśmiał.
— Cicho siedź pacanie. Ja tu konam – warknęła Lottie.
— Nie obraźcie się, ale już będę się zmywać. Muszę porobić w domu parę rzeczy.
Wyszłam z domu przyjaciółki i skierowałam się w stronę mojego. Cała droga nie zajęła mi dużo czasu. Mieszkałyśmy nie daleko od siebie, dlatego spotykałyśmy się praktycznie codziennie.
Weszłam do swojego domu i od razu przeszłam do salonu. Rzuciłam się na kanapę i przymknęłam oczy. Chwila odpoczynku, nic więcej.
Obudziłam się, przez mój telefon. Przetarłam zaspane oczy i sięgnęłam ręką po urządzenie. Odblokowałam palcem ekran i nacisnęłam na wyświetlaczu kopertę, która sygnalizowała, że mam nieprzeczytaną wiadomość.

Od: Nieznany
Cześć!
Wczoraj nie byłaś skłonna do rozmowy, więc może dzisiaj będziesz? Co powiesz na wypad do wesołego miasteczka? Nalegam. ;)
Will.

Byłam zmuszona kilkakrotnie przeczytać wiadomość, aby zrozumieć o co chodzi, a właściwie kim był Will. Kiedy już przypomniałam sobie, że to ten przystojniak, który wczoraj poprosił mnie o swój numer, szeroko się uśmiechnęłam. Zerknęłam na zegarek i ze zdziwieniem zauważyłam, że z godziny dwunastej zrobiła się piętnasta.
Odpisałam chłopakowi, że się zgadzam i spotkamy się tam o szesnastej. Zadowolona zapisałam numer, a następnie przeszłam do swojego pokoju. Nie mogłam iść na randkę w tych starych ciuchach. Chyba mogłam to spotkanie nazwać randką, prawda?
Telefon rzuciłam na łóżko i podeszłam do szafy. Udało mi się wygrzebać z niej poszarpane, czarne jeans'owe rurki oraz białą bokserkę. Włosy spięłam w kucyka, a makijaż zmyłam, ponieważ mogłabym nim grać w horrorze. Po nałożeniu delikatnej ilości tuszu na rzęsy i popsikaniu się ulubionymi perfumami byłam gotowa. Komórkę schowałam do kieszeni spodni i zadowolona zeszłam na korytarz.
Wsunęłam stopy w czarne vans'y, do ręki wzięłam nie zastąpioną ramoneskę i opuściłam dom.
Do spotkania miałam pół godziny, dlatego szłam powoli, nigdzie się nie spiesząc. Poza tym wywnioskowałam też, że jak chwile poczeka, to nic się nie stanie. Kiedy już doszłam na miejsce przypomniałam sobie, że ja jakże inteligentna osoba nie napisałam gdzie mamy się spotkać. Przez to stałam jak kołek i rozglądałam się dookoła.
— Kate? Kate! – Ktoś krzyknął.
Odwróciłam głowę w stronę, z której dochodził głos i zobaczyłam uśmiechniętego Will'a przedzierającego się przez tłum ludzi.
— Cześć – sapnął, kiedy znalazł się obok mnie.
— Hej – uśmiechnęłam się.
— To... Co robimy? – Szatyn spojrzał na moją osobę.
Zaśmiałam się i wzruszyłam ramionami.
— A co proponujesz?
— Słyszałem, że gdzieś tutaj ma być świetna kolejka. Może pójdziemy na nią?
— Nie wiem, czy to jest dobry pomysł.
— A dlaczego? – Will popatrzył się na mnie zdezorientowany.
— Um... No bo ja mam lęk wysokości... – wyszeptałam, przygryzłam dolną wargę i przeniosłam wzrok na moje stopy.
— Nic się nie dzieję. Jeśli masz ochotę, to możemy iść na watę cukrową, następnie ja wygram dla ciebie ogromnego miśka, a później usiądziemy na jakiejś ławce i pogadamy. Co ty na to?
Pokiwałam na zgodę i ruszyliśmy w stronę mężczyzny sprzedającego różową słodycz.
Kiedy już ją zjedliśmy podeszliśmy do stoiska, gdzie rzuca się piłeczkami.
— Patrz jak to się robi. – Will mrugnął do mnie i podał kolesiowi dolara.
Mężczyzna położył na ladzie trzy piłeczki i odsunął się dwa kroki. Szatyn wziął do ręki jedną z nich i rzucił w stronę butelek. Niestety przeleciała ona obok. Tak samo było z drugą i trzecią.
— Te piłeczki są jakieś wadliwe – mruknął niezadowolony.
— Oj Will, po prostu nie umiesz rzucać.
— To jak jesteś taka mądra, to sama spróbuj.
— To spróbuję – wyciągnęłam rękę w stronę chłopaka.
Szatyn dał mi dolara, którego podałam mężczyźnie. Tak jak poprzednim razem otrzymałam trzy piłki. Chwyciłam jedną do ręki, wycelowała i rzuciłam. Piłeczka trafiła centralnie w środek piramidki i butelki spadły na ziemię. Blondyn podał mi ogromnego misia-pandę, którą przyjęłam z wielkim uśmiechem.
Zadowolona, wraz z tryumfem wypisanym na twarzy podeszłam do stojącego nieopodal Will'a.
— Mówiłam, że nie umiesz rzucać.
— Ale to ja miałem wygrać dla ciebie tego miśka – fuknął poirytowany.
— W sumie dolar, którym zapłaciłam był od ciebie, to tak jakby ty mi go dałeś prawda? – odpowiedziałam z uśmiechem, przez co chłopak był zmuszony do uśmiechu.
— No, jakby nie patrzeć, to tak.
— To się już nie złość, tylko chodź po jakiś napój – odrzekłam oraz cmoknęłam go w policzek i trzymając się za ręce poszliśmy po coś do picia.
— Po otrzymaniu napojów doszliśmy do wniosku, że nie chce nam się siedzieć w wesołym miasteczku i przeszliśmy do parku. Usiedliśmy na trawie na wprost siebie i popijając co chwilę colę rozmawialiśmy.
— Więc nie jesteś stąd? – Szatyn popatrzył się na mnie.
— Nie. Pochodzę z Detroit. Przyjechałam tutaj, ponieważ tylko tu mogłam otrzymać pracę moich marzeń, dzięki której będę mogła cały czas się rozwijać. A ty?
— Ja żyję tu cały czas i szczerze powiem, że nie chcę stąd wyjeżdżać. Tu jest zbyt pięknie.
Will uśmiechnął się do mnie, a ja pokiwałam głową. Z tym musiałam mu przyznać rację. Filadelfia, to piękne miasto.
— Co takiego jest tutaj, że postawiłaś opuścić dom rodzinny?
— Dziennikarstwo – odparłam zamyślona. – Możesz się zdziwić, ale tutaj ma się ogromną szansę na tego typu rozwój. Detroit... To nie za bardzo było miejsce dla mnie. Tam nic się ciekawego nie dzieję. Natomiast tutaj... Tutaj cały czas jest ruch, gwar, zawsze znajdzie się dobry temat do napisania reportażu.
— A nie myślałaś nad Nowym Jorkiem, albo jakimś innym dużym miastem? – Will przyglądał mi się zaciekawiony.
— Powiem szczerze, że tak. Jednak doszłam do wniosku, że to są, jak dla mnie, za duże miasta. Pogubiłabym się tam. Poza tym tutaj mam znajomych i poznałam ciebie. – Szeroko się uśmiechnęłam. – To teraz moja kolej. Jaki ty masz zawód?
— Możesz mi nie uwierzyć, ale jestem fotografem. To jest to, co kocham robić. To moja pasja.
— Naprawdę? – Na moje pytanie szatyn pokiwał głową. – A co fotografujesz?
— Wszystko. Zaczynałem od przyrody, zwierząt, roślin... Później zająłem się utrwalaniem miasta. Na końcu zacząłem robić zdjęcia ludziom. Na samym początku były to portrety moich przyjaciół. Następnie zacząłem robić z nimi sesje zdjęciowe, a teraz fotografuję wszystko i wszystkich. Na wszystkie okazje, jakie tylko mogą być. – Kiedy William opowiadał na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech.
— Mam pomysł!
Uśmiechnęłam się szeroko, a chłopak popatrzył się na mnie zdezorientowany. Wcale mu się nie dziwiłam. To musiało naprawdę dziwnie wyglądać, kiedy nie wiadomo z czego wypaliłam, że coś zaświtało w moim umyśle. Niezrażona miną szatyna ciągnęłam dalej swoją wypowiedź.
— Skoro ja jestem dziennikarką, a ty fotografem, to dlaczego nie moglibyśmy tego połączyć? Ja ostatnio nie miałam kompletnie pomysłu na artykuł do lokalnej gazety, a tak, to ty pokazałbyś mi swoje zdjęcia, bądź sesje, a ja zebrałabym informacje do prasy.
Mina Will'a mówiła mi wszystko. Nie był on zadowolony z mojego pomysłu i wiedziałam, że myślał nad tym, jak ma mi grzecznie odmówić.
— Posłuchaj. To będzie korzyść zarówno dla ciebie, jak i dla mnie. Ja zdobędę wyższą pozycję w pracy, a ty staniesz się bardziej rozpoznawalny. Twoje pracę zobaczy więcej osób. Nie mów mi, że byś tego nie chciał – popatrzyłam się na chłopaka z nadzieją w oczach.
Ten artykuł był dla mnie wszystkim. Dzięki niemu miałam szansę na polepszenie swojej kariery, na otworzenie okna na nowy świat. Bardzo mi zależało na jego zgodzie. Przecież on też miał z tego pożytek, dlatego z niecierpliwością czekałam na odpowiedź.
William patrzył się na mnie przez moment obojętnym wyrazem twarzy. Nie miałam pojęcia, czy ten pomysł popiera, czy nie. Nie wiedziałam nic, a to dla dziennikarza wielki cios. Po chwili jednak jego na jego twarzy pojawił się wątły uśmiech.
— Wiesz Kate, na początku obawiałem się, że to zły pomysł, ale to przemyślałem i doszedłem do wniosku, że to może wcale nie być takie złe. Zawsze mieć tych kilku fanów więcej, to miłe uczucie – popatrzył się na mnie z uśmiechem, a następnie wyciągnął w moim kierunku dłoń. – Zgadzam się Kaithleen. Możesz napisać o mnie artykuł.
Kiedy usłyszałam ostatnie zdanie wypowiedziane przez Will'a byłam tak zadowolona oraz szczęśliwa, że zapomniałam o jego dłoni wyciągniętej w moim kierunku i rzuciłam się na chłopaka, po czym zamknęłam go w szczelnym uścisku.
— Dzięki, Will. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy – powiedziałam z ogromnym uśmiechem na twarzy, uważnie obserwując twarz chłopaka.
— Nie musisz dziękować. W sumie ja też na tym skorzystam, więc to będzie porozumienie z obustronnym zyskiem. – Puścił do mnie oczko, a ja się zaśmiałam. – Ale to kiedy indziej o tym porozmawiamy. Teraz chciałbym cię bliżej poznać. Opowiedz mi coś o sobie.
Rozmowa z nim, to była dla mnie czysta przyjemność. Okazało się, że on, tak samo jak ja, nie ma rodzeństwa, a jego dziadek walczył z moim w tym samym pułku. Oprócz tego dowiedziałam się jakie są jego ulubione rzeczy, a czego nie znosi. Oczywiście on dostawał takie same informacje ode mnie. Will był bardzo roześmianym i gadatliwym chłopakiem. Nie wiem, czy oprócz Lottie znalazłabym kogoś, z kim równie dobrze się dogadywałam. Oczywiście rodziny nie wliczałam, ponieważ to rodzina. Z nią zazwyczaj ma się dobry kontakt.
Nawet nie wiem kiedy, ale zrobiła się godzina dwudziesta druga. Szatyn odprowadził mnie do domu i rozmawialiśmy jeszcze trochę pod moimi drzwiami.
— Za dobrze mi się z tobą gada Kate – powiedział ze śmiechem chłopak, kiedy kolejny raz próbowaliśmy się pożegnać.
— Przepraszam... – wyszeptałam, robiąc minę kota ze Shrek'a, na co wybuchł śmiechem.
— No mówiłem! Jesteś zbyt urocza.
Ja naprawdę cię przepraszam Will, ale muszę już iść. To był świetny dzień, który na pewno musimy powtórzyć, ale dzisiaj jestem już wykończona. Pa – szepnęłam cmokając go w policzek i otworzyłam drzwi.
— Cześć – usłyszałam jego szept.
Odwróciłam się w stronę chłopaka i posłałam ostatni delikatny uśmiech. Później zostawiłam go zdziwionego za drzwiami mojego domu.

♦ Perspektywa Will'a ♦

W drodze od domu dziewczyny, wybrałem numer do przyjaciela i czekałem, aż odbierze. Zrobił to, po kilku sygnałach.
— Co jest Will? – zagadał, a ja usłyszałem jak zwykle radosny głos kumpla.
— Właśnie wracam z randki z tą całą Kate.
— No i? Jak było? – Stan zawsze był ciekawski, przez co w niektórych sytuacjach zachowywał się jak dziewczyna. Tak było i tym razem.
— Poszło łatwiej niż myślałem. Mówię ci stary wygram ten zakład. Ale muszę też przyznać, że jest całkiem niezła. – Na samo wspomnienie wyglądu niebieskookiej przygryzłem dolną wargę.
— Czyżby nasz Will się zakochał?
— Co? Nie pacanie! Po prostu chciałem tylko powiedzieć, że wcale nie jest taka zła... A poza tym czemu mam ci się spowiadać?
— Nim się spostrzegłem stałem pod swoim domem. Powoli otworzyłem drzwi i skierowałem się w stronę sypialni.
— Ale coś jest na rzeczy nie? – Dam sobie rękę uciąć, że w tym momencie Stan dziwnie poruszał brwiami.
— Tak. Zakład – odpowiedziałem bez zawahania. – Dobra stary, ja muszę kończyć. Cześć.
— Nie czekając na odpowiedź przyjaciela rozłączyłem się i rzuciłem komórkę na biurko. Westchnąłem głośno, a przez chwilę w moim umyśle pojawiła się myśl po co ja to robię. Szybko ją od siebie odgoniłem i zadowolony poszedłem wziąć prysznic.


Cześć!
I rozdział drugi za nami.
Co o nim myślicie?
Od razu dziękuję wam za każdy komentarz.
Do następnego tygodnia! ;)

1 komentarz:

  1. Occhhh nieee...to zakład był , już Willa nie lubię! Rozdział świetny , bardzo ciekawy i czekam na następny!

    OdpowiedzUsuń

Followers