3 sie 2015

4. Zagubiona dusza


Rozdział 4


Leżałem na podłodze, a mój wzrok tempo wpatrywał się w sufit, w którym nie było nic ciekawego, a jednak z nieuzasadnionego powodu przyciągał mnie bardziej niż cokolwiek innego. W głowie wciąż miałem widok, który musiałem wczoraj oglądać. Słyszałem krzyki Erica, widziałem jak wije się pod wpływem zadawanej mu krzywdy, a mimo tego nic nie robiłem. Nie mogłem, byłem jak sparaliżowany i nie liczyło się to, że byłem przypięty, jestem pewien, że gdyby było inaczej, nie ruszyłbym się z miejsca w obawie, że mnie również może to spotkać. Stchórzyłem. Byłem bezużyteczną maskotką, która została odłożona na półkę na jakiś czas. I choć nie mogłem się poddać, teraz właśnie to robiłem. Zamierzałem oddać grę walkowerem, przez co już nigdy nie zobaczyłbym Shay.
Przeturlałem się na lewy bok, ale moje myśli wciąż zajęte były tym samym wspomnieniem co wcześniej. Bolały mnie plecy i czułem ogromny dyskomfort, ponieważ podłoga była naprawdę twarda, a ja nie potrafiłem znaleźć w sobie sił na to, by położyć się gdzieś indziej. Moje ciało było bezwładne, choć tak naprawdę wciąż ja tylko miałem nad nim władzę.
– Pieprzyć to – syknąłem, uderzając dłonią w drewniane deski. – I pieprzyć wszystko – dodałem po chwili, kiedy mój śmiech zaczął brzmieć jak ten z horrorów, kiedy stoisz naprzeciwko śmiejącego się psychopaty. – Pieprzyć wszystkich, nieważne jak. Po prostu pieprzyć to! – krzyknąłem, po czym wstałem i podszedłem do okna, z którego wziąłem paczkę Marlboro i wyjąłem jednego papierosa. – Pieprzyć Steve'a i Rona – powiedziałem, wkładając fajkę do ust. – Pieprzyć Amandę – szepnąłem podczas odpalania papierosa. – Pieprzyć Erica. – Zaciągnąłem się trunkiem, przetrzymując dym w płucach. – Pieprzyć tego, który każe mi to robić! – wrzasnąłem, wypuszczając dym z ust.
– Dobrze się czujesz? – Usłyszałem za swoimi plecami, przez co gwałtownie odwróciłem głowę i spojrzałem na Steve'a.
– Pieprzyć cię – odpowiedziałem, głośno się śmiejąc. – Pieprzyć was wszystkich!
Ponownie odwróciłem głowę, żeby znów patrzeć na przechodzących ludzi. Zaciągnąłem się jeszcze kilka razy, aż wreszcie spostrzegłem, że wypaliłem całego papierosa. Otworzyłem okno i wyrzuciłem niedopałek, nie przejmując się tym, aby go zagasić o parapet. Nie czekałem ani minuty, jednocześnie nie pozwoliłem płucom odpocząć, ponieważ kolejna fajka znalazła się między moimi ustami.
– Uspokój się – ostrzegł Steve, ale jego słowa tylko mnie rozbawiły.
– Nie istniejesz. Jesteście tylko wymysłem mojej wyobraźni, zaraz znikniesz – powiedziałem, odwracając się w jego kierunku.

Mój wzrok wciąż był pusty, a twarz nie dawała po sobie nic poznać, ponieważ po prostu się uśmiechałem, choć wcale nie miałem powodu. Chwyciłem papierosa między palce i wolno kierowałem go w stronę drugiej ręki. Nagle zacząłem czuć mocne pieczenie, które wcale nie powodowało, że się budzę. Przyciskałem fajkę do lewej dłoni, a ona skutecznie wypalała mi dziurę. Nie potrafiłem przestać, mimo że Steve usilnie starał się wyrwać papierosa spomiędzy moich palców. Głośno się śmiałem, nie rozumiejąc, czemu stara się mi pomóc.
– Ron! – krzyknął, a ja jeszcze głośniej się zaśmiałem.
Wszystkie moje mięśnie się napięły i dopiero po chwili, kiedy ból był niewyobrażalnie wielki, zrozumiałem, że to wszystko nie jest snem, a kiedy spojrzę na rękę, wcale się nie obudzę, a ślad będzie prawdziwy. Zrezygnowany puściłem papierosa, pozwalając mu spaść na podłogę. Usłyszałem głośne westchnięcie ulgi obu chłopaków, więc zdecydowałem się na nich spojrzeć.
– Co do kur... – urwałem, gdy poczułem, że drętwieje mi ręka.
Szybko udałem się do łazienki, gdzie od razu odkręciłem kurek z zimną wodą i wsadziłem pod to rękę, aby zmniejszyć pieczenie. Minęła minuta – a może dwie – i dopiero wtedy zacząłem odczuwać ulgę. Zakręciłem wodę, po czym otworzyłem szafkę i wyjąłem z niej apteczkę. Rozejrzałem się też za jakimś preparatem na poparzenia, a kiedy odnalazłem buteleczkę przeznaczoną do tego typu urażeń, natychmiast to użyłem. Ostrożnie opatrzyłem dłoń, upewniając się, aby zrobić to tak, jak uczyli mnie na kursie pierwszej pomocy. To pierwsza sytuacja, w której ten kurs rzeczywiście mi się przydał, więc oficjalnie jestem szczęśliwy, że go przeszedłem. Opuściłem łazienkę, kierując się do salonu, gdzie prawdopodobnie byli Steve oraz Ron.
– Co to było?! – wrzasnął Steve, gwałtownie wstając. Jego przyjaciel od razu zareagował, stając przed nim, aby uchronić mnie od ewentualnych ciosów.
– Ja... – zacząłem, choć nie wiedziałem, co miałbym powiedzieć. – Skąd się tu wzięliście? – zapytałem zdezorientowany.
– Wyglądałeś i śmiałeś się jak psychopata! Koleś, co z tobą nie tak?! – Steve pchnął Rona, przez co poleciał na kanapę, a starszy zbliżył się do mnie. – To był twój ostatni wybryk, rozumiesz?! – Skinąłem głową, a on podszedł do okna, szarpiąc się za włosy.
– Nie usłyszałem odpowiedzi, skąd się tu wzięliście? – Spojrzałem na Rona, kiedy wzruszył ramionami.
– Kolejna misja – powiedział, sprawiając, że miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
– Powiedz, że nie będę musiał patrzeć jak zdzierają z kogoś skórę – syknąłem. Ron spojrzał na mnie z lekkim wahaniem, po czym rozchylił lekko usta i zamknął je. Wiedziałem, że to nie znaczyło nic dobrego.
– Zbieraj się, za pół godziny masz być w samochodzie – oznajmił Steve, a chwilę później usłyszałem trzask drzwi, co znaczyło, że opuścił mieszkanie.
– Powiesz mi chociaż, kim będzie dla mnie osoba, która ma dzisiaj pecha? – zapytałem Rona, a ten tylko wzruszył ramionami, co powoli zaczęło doprowadzać mnie do szału.
– Pół godziny – powiedział na odchodne i zniknął.
Przez dłuższy czas stałem w miejscu, zastanawiając się, do czego mnie dziś zmuszą. Nie podobało mi się to, bo z każdym kolejnym dniem stawałem się osobą, którą nigdy w życiu bym nie był, gdyby nie oni. Potrafiłem nastraszyć bezbronną dziewczynę, zabić przyjaciela, patrzeć na śmierć byłego szefa, i tak po prostu nic nie zrobić. Jedno było pewne – już nigdy nie będę tym samym człowiekiem, którym byłem kilka dni temu. Nawet nie czułem tego, że minęły dopiero cztery dni, cztery pieprzone dni! Wydawało mi się, że tkwię w tym miesiącami, albo nawet latami, ale nie dniami. To był koszmar, który nie chciał zbyt łatwo zniknąć, a mi wcale nie pasowała taka sytuacja.
Otrząsnąłem się, kiedy przypadkiem strąciłem ze stołu pustą szklankę. Spojrzałem na kawałki szkła znajdujące się na podłodze, myśląc o tym jak bardzo przypominają mnie. Nigdy nie sądziłem, że mógłbym być tak słaby; że mógłbym się tak szybko złamać, ale teraz wiedziałem, że właśnie tak było.
– Jestem słaby – szepnąłem, idąc powoli w stronę dużej szafy.
Nie obchodziło mnie, że Steve prawdopodobnie wkurza się o to, że minął już mój czas. Chwyciłem z szafy czyste ubrania, a brudne rzuciłem w kąt pokoju, nie fatygując się, by umieścić je w koszu na brudy. Powoli przeszedłem do łazienki, w której wziąłem zimny prysznic. Przez cały czas moje ciało strasznie się trzęsło, ale nie zwracałem na to uwagi. Zakręciłem kurek i dopiero wtedy usłyszałem wkurzony krzyk Steve'a. Zrezygnowany opuściłem kabinę prysznicową i obwiązałem ręcznik wokół bioder, żeby móc wyjść na chwilę i wysłuchaj jego pretensji.
– Pół godziny, Irwin! Pół godziny, nie godzina! – krzyknął, kiedy stanąłem naprzeciwko niego.
– Wyluzuj się – odparłem zirytowany, po czym dodałem: – Cokolwiek to jest, może zaczekać. Śmierdziałem, do cholery, musiałem wziąć ten pieprzony prysznic! Bądź człowiekiem i postaw się na moim miejscu. Kurwa, Steve, nie wierzę, że nie wybrałbyś higieny! – wrzasnąłem, a po chwili zacząłem się śmiać, kiedy zobaczyłem jego zdezorientowaną minę.
– Nadal śmierdzisz – syknął.
– Bo przez ciebie nie mogłem się spokojnie umyć – powiedziałem, starając się naśladować jego głos.
– Ubieraj się, baranie, musimy zaraz wyjść. – Spiorunował mnie wzrokiem, na co tylko się zaśmiałem.
Odwróciłem się i skierowałem do łazienki, gdzie starłem resztę mokrych kropel, ubrałem się, popryskałem przypadkowym perfumem, który kupiła Shay i na koniec przetarłem wciąż mokre włosy. Spojrzałem na zaparowane lustro, które już dawno powinno odparować, ale z nieznanego mi powodu wcale się tak nie stało. Wzruszyłem ramionami, cicho śmiejąc się pod nosem, po czym opuściłem łazienkę i skupiłem się na zakładaniu butów. Steve stał przy drzwiach; wyczekująco stukał stopą o podłogę, co zaczęło mnie drażnić. Spojrzałem na niego, a wtedy przestał.
– Jesteś irytującym sukinsynem – powiedziałem, wymijając go w drzwiach.
Czekałem aż Steve wyjdzie, żebym mógł spokojnie zakluczyć drzwi. Kiedy to zrobiłem, udałem się w stronę schodów, ani trochę nie przejmując się faktem, że Steve uparcie czekał na windę. Zaśmiałem się, widząc jego minę, po czym zbiegłem w dół schodów. Wiedziałem, że znajdę się w podziemiach szybciej niż on. Zatrzymałem się na sekundę, kiedy usłyszałem zbliżającą się windę, a potem przyśpieszyłem kroku i chwilę później stałem już oparty o tylne drzwi samochodu, patrząc jak Steve z otwartymi ustami stoi za rozsuniętymi drzwiami.
– Co mam zrobić? – zapytałem, kiedy oboje stali obok mnie.
Ron wyjął z kieszeni jakiś przedmiot, który owinięty był ręcznikiem i włożył go w moją wysuniętą dłoń. Przez chwilę zastanawiałem się, co to jest, ale przezwyciężyłem swoją ciekawość, ponieważ doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że zaraz któryś z nich wszystko mi wyjaśni. Ostrożnie włożyłem przedmiot za pasek spodni i skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej, a kiedy uniosłem brew, Steve rozchylił lekko usta.
– Cheyenne Irwin – zaczął spokojnie, a moje oczy od razu nienaturalnie się powiększyły.
– Czy to... – wtrąciłem, jednak nie potrafiłem powiedzieć tego jednego słowa. Ron natychmiast pokiwał przecząco głową, co nieco mnie uspokoiło, ale nie do końca.
– To prostytutka – oznajmił, przez co moje dłonie zacisnęły się w pięści.
– Kim dla mnie jest? – spytałem, a on tylko wzruszył ramionami i szeroko się uśmiechnął.
– Będzie ci łatwiej wykonać zadanie, gdy sama powie ci prawdę. – Skinąłem głową, nic już nie mówiąc.
– Jedzie z nami czy swoim autem? – Nieświadomie spojrzałem na Rona, zastanawiając się, co dokładnie miał na myśli.
– Durniu! – wrzasnął Steve, rzucając się z pięściami na Rona. – Nie mów mi, że nikt nie podstawił tutaj samochodu?!
– No nie – odpowiedział ze spokojem, wzruszając ramionami.
– Co za frajerzy dla niego pracują! – Uderzył w bok przypadkowego samochodu, w którym o dziwo nie włączył się alarm. – Musimy go zabrać – dodał, kiedy się już uspokoił. Gestem dłoni wskazał, bym zajął miejsce, co od razu zrobiłem, nie chcąc go bardziej wkurzać.
– Możecie mi w końcu wyjaśnić, na czym polega moje zadanie? – zapytałem w trakcie jazdy.
– Zabijesz ją – powiedział Ron, wzruszając przy tym ramionami.
Jego słowa nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. W głębi duszy czułem, że właśnie to będę musiał zrobić. Jakimś dziwnym trafem tylko Amanda nie musiała zginąć i naprawdę nie rozumiałem czemu. Zacząłem się zastanawiać, czy z Shay będzie tak samo. Czy ona będzie jednym z moich zadań i będę musiał ją zabić? Wtedy cała ta gra nie miałaby sensu, bo kogo miałbym uratować? Być może ona będzie moim ostatnim zadaniem; może będzie znajdować się wśród rekinów, albo będzie w płonącym domu, więc będę musiał ją jakoś stamtąd zabrać. Na chwilę obecną jedno było pewne – wariowałem, a moje wnioski mogły być prawdziwe.
Steve zatrzymał samochód obok jakiejś kobiety, która na oko wyglądała na czterdzieści lat. We wstecznym lusterku spojrzał na mnie, dając tym znać, że to jest osoba, którą mam zabić. Otworzyłem drzwi tylnego siedzenia, zapraszając ją do środka. Cheyenne nie wyglądała na zaskoczoną, gdy zorientowała się, ile osób znajduje się w pojeździe. Zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem, że to naprawdę sprawia jej radość.
Steve ponownie się zatrzymał, ale tym razem w środku lasu, więc wiedziałem, że to już ta chwila. Za chwilę dowiem się, kim była, a potem zwyczajnie ją zabiję, nie przejmując się jej krwią na moich rękach.
– Wysiadaj – burknąłem, otwierając przed nią drzwi.
Cheyenne wysiadła i spojrzała na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Wydawało mi się, że zaczyna coś podejrzewać, ale nie przejmowałem się tym. Po co zaśmiecać sobie myśli mało istotnymi faktami?
– Kim jesteś? – zapytała drżącym głosem, przez co miałem ochotę się śmiać. Zauważyłem, że Steve ustawił samochód tak, by oświetlać naszą dwójkę, więc pewnie chce mieć całkowitą pewność, że ją zabiję.
– Cheyenne, na imię mam Cheyenne – odpowiedziała pół szeptem.
– Ashton Irwin – syknąłem, czując nieprzyjemne ukłucie w sercu. – Kim dla ciebie był?
Zbliżyłem się do niej, ale ona wykonała mały krok w tył i potknęła się o gałązkę, więc w szybkim tempie znalazła się na ziemi. Patrzałem w dół i podziwiałem jak trzęsą się jej ręce, przez co na mojej twarzy pojawił się szeroki, szaleńczy uśmiech.
– Skąd go znasz?
– Błędna odpowiedź – powiedziałem dość głośno, kręcąc z niezadowolenia głową.
Wyciągnąłem spod koszulki przedmiot, który szybko odwinąłem i zauważyłem, że jest to nóż. Nachyliłem się nad nią, po czym szybkim ruchem przejechałem po jej twarzy, starając się nie myśleć o tym jaki sprawię jej ból. W krótkim tempie do moich uszu dotarł jej głośny, przerażający krzyk.
– Popraw się, to nie będzie drugiego razu – oznajmiłem, przyglądając się jak łzy suną po jej twarzy, z jednej strony ścigając się z krwią.
– To mój... – zaczęła, ale zamilkła, przez co przejechałem nożem po drugim policzku, ponieważ ta suka się mnie nie słuchała, a to zdecydowanie nie wchodziło w grę.
– Współpracuj to wszystko szybko się skończy – syknąłem, przyciskając nóż do jej ręki.
– To mój siostrzeniec! – krzyknęła, choć krzyk prawdopodobnie spowodowany był przez zadany jej ból.
Kiedy usłyszałem jej słowa, poczułem, że tracę grunt pod nogami. Odkąd pamiętam opiekunki nigdy nie mogły znaleźć żadnego członka mojej rodziny, więc po prostu gniłem w tym miejscu, czekając aż ktoś wreszcie mnie adoptuje, ale kiedy dorastałem, a to się nie działo, wiedziałem, że skończę jak większość osób z sierocińca. Przyglądałem się Cheyenne, wciąż nie potrafiąc się pozbierać. Przyciskałem nóż do jej nadgarstków, ale cały świat nagle się rozpłynął, więc nie byłem tego świadomy.
– I przez cały ten czas, kiedy siedziałem w bidulu, modląc się o to, by któregoś dnia ktoś przyszedł do mnie i oznajmił, że zabiera mnie do swojego domu, ty po prostu wolałaś stać na ulicy i obciągać jakimś przypadkowym gościom?! – wrzasnąłem zirytowany, gdy w końcu poukładałem sobie wszystkie puzzle tej popieprzonej układanki.
– Ashton? – zapytała, szeroko otwierając oczy. Skinąłem głową, obracając nóż w jej ręce, przez co jej twarz wyraźnie się skrzywiła, ale już nie krzyczała. Miała bladą twarz i dosyć szybko traciła krew, więc byłem pewny, że za chwilę umrze. I ta myśl wcale nie wzbudzała we mnie wyrzutów sumienia.
– Cieszę się, że mogę to teraz robić, wiesz? – powiedziałem, szeroko się uśmiechając, podczas gdy wciąż obracałem nóż.
– Dobrze cię widzieć – szepnęła, a jej ręka była już praktycznie bezwładna. Poczułem na swoim policzku jej drugą dłoń, co wywołało u mnie odruch wymiotny i od razu ją strąciłem, wykrzywiając przy tym twarz.
– Dobrze widzieć, że cierpisz – powiedziałem, gdy zauważyłem, że jej powieki powoli się zamykają.
– Wybacz mi, Ashton. Nie byłam gotowa – wymamrotała, po czym jej całe ciało opadło na ziemię i byłem już świadomy tego, że umarła.
Jeszcze przez chwilę przyciskałem nóż do jej nadgarstka, upewniając się, że na pewno nie żyła. Dopiero po kilku minutach spojrzałem w stronę samochodu, zmuszając się do zakrycia oczu ręką, ponieważ światła skierowane były wprost na mnie. Wstałem, zostawiając Cheyenne i powoli przeszedłem do samochodu, z którego właśnie wysiadał Ron. Zignorowałem go i zwyczajnie wsiadłem na tyły pojazdu, przyglądając się jak wspólnie ze Stevem ładują ciało do dużego, czarnego worka. Obecnie marzyłem tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w domu i zmyć z siebie krew tej dziwki. 

1 komentarz:

  1. O jezu rozdział super! Czytałam go z otwartymi oczami chcę następny rozdział już nie mogę się doczekać życzę weny i to bardzo dużo powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń

Followers