17 sie 2015

6. Zagubiona dusza



Rozdział 6




– Czemu to robisz? – zapytał, co sprawiło, że na chwilę zaprzestałem swoich czynów i skupiłem się na jego słowach.
– Nie masz pojęcia jak to jest – syknąłem, mocniej ściskając sznur owinięty wokół jego ciała. – Nie wiesz jak to jest, kiedy zmuszają cię do robienia rzeczy, których nie masz ochoty robić, ale robisz je, no chcesz uratować swoją ukochaną – dokończyłem, po czym skupiłem się na związywaniu rąk.
– Przecież nie musisz tego robić.
– I mam pozwolić jej umrzeć?! – wrzasnąłem, uderzając pięścią w jego podbrzusze.
– Nie sądzisz, że jedna śmierć jest o wiele lepsza niż kilka? Widziałem co dziś zrobiłeś, zabiłeś ich. Jesteś z siebie dumny? – Spojrzałem na niego, a w mojej głowie od razu pojawiły się wydarzenia dzisiejszego dnia.
– Pozwól, że opowiem ci to z mojej perspektywy. Może wtedy oboje zrozumiecie, że wasza śmierć jest nieunikniona. – Skinął głową, więc odebrałem to jako zaproszenie do wyjaśnień. – Kilka dni temu zwyczajnie wyszedłem do pracy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co się stanie. Mój popieprzony szef wylał na mnie wrzątek, więc trafiłem do szpitala, a potem nagle dostałem telefon. Ktoś porwał moją dziewczynę i oczywiście postawił warunek. Zgodziłem się, bo, kurwa, chciałem ją ratować. Okazało się, że nie są to normalne warunki i zmusił mnie do wykonywania zadań. No więc robiłem je i dzisiaj rano też nie zamierzałem rezygnować...
Wstałem dosyć wcześnie, a mój wzrok od razu znalazł się na małej paczce leżącej na parapecie, jednak nie zamierzałem od razu jej otwierać. Nie pamiętałem kiedy ostatnio jadłem normalny posiłek, a mój brzuch obecnie dawał o sobie znać. Przez dłuższą chwilę po prostu leżałem, zastanawiając się, co chciałbym zjeść, ale wtedy zrozumiałem, że odkąd Shay została porwana, nie przejmowałem się takimi rzeczami jak kupno jedzenia. Zazwyczaj skupiałem się na czekaniu lub wykonywaniu zadania, więc nie było miejsca na moje własne potrzeby.
– Czekaj – przerwała mi kobieta, przez co miałem ochotę zadać jej cios w twarz. – Więc nie jesz od kilku dni i nadal żyjesz? To nie jest normalne.
– Człowiek potrafi wytrzymać dłużej bez jedzenia niż bez snu – stwierdziłem, odwracając się w jej stronę, po czym kontynuowałem.

Ubrałem na siebie dresy i wtedy nagle przypomniałem sobie o poparzeniu. Spojrzałem na czerwony ślad, ignorując ból, który przed chwilą odczułem. Pieczenie w porównaniu z tym, co się teraz dzieje to dosłowna drobnostka. Ubrałem także bluzę i buty, po czym zabrałem portfel z kurtki i ruszyłem w kierunku drzwi, żeby udać się na jakiś posiłek. Nie musiałem iść jakoś bardzo daleko, na mojej dzielnicy są przynajmniej cztery bary serwujące jedzenie, a ja oczywiście wybrałem ten, do którego chodziłem z Shay. Usiadłem przy barze i zamówiłem pizze i colę. Taylor powiedział, że będę musiał trochę poczekać, co przyjąłem skinięciem głowy i rozejrzałem się dookoła, zaczepiając wzrok na telewizorze. Nadawali właśnie wiadomości, w których jakaś babka wymieniała wszystkie zbrodnie, których się dopuściłem. No, nie dosłownie wszystkie, przecież to nie ja zabiłem Erica. Moje serce od razu zaczęło szybciej bić i wyobrażałem sobie już, co by było, gdyby dowiedzieli się, że to wszystko było przeze mnie.
Po kilkunastu minutach dostałem swoje zamówienie, więc skupiłem się na jedzeniu, chociaż w głowie wciąż słyszałem ten głos.
Wróciłem do domu godzinę później, ale nadal nie miałem ochoty otwierać paczkę. Położyłem się na łóżku, chcąc zaczerpnąć jeszcze trochę snu i wtedy usłyszałem, że ktoś do mnie dzwoni. W ciągu ostatnich kilku dni otrzymywałem telefony tylko i wyłącznie od tego popaprańca albo Rona, który informował mnie o ich przyjeździe, więc byłem pewny, że teraz też dzwoni któryś z nich.
Czego? – warknąłem do słuchawki, gdy odebrałem.
Irwin, twoje wypowiedzenie jest już gotowe. Możesz je dostać kiedy tylko chcesz i przy okazji, liczę na to, że sprzątniesz swoje biurko, więc będę mógł zatrudnić nową osobę. – Usłyszałem głos swojego szefa, co sprawiło, że moje mięśnie napięły się w złości.
Nic nie odpowiadając, zakończyłem połączenie i rzuciłem telefonem w ścianę. Teraz pozostały już tylko połamane elementy.
– Jesteś dziwny – ponownie wtrąciła i tym razem nie potrafiłem powstrzymać się przed zadaniem jej ciosu.
– I dlatego umrzesz pierwsza – odpowiedziałem, przyglądając się jej reakcji.
W końcu zdecydowałem się otworzyć paczkę, a kiedy zobaczyłem jej wnętrze, zrozumiałem, że o tym incydencie będzie głośno. Wyjąłem najpierw rękawiczki i kartkę, resztę zostawiłem w środku. Podczas, gdy odkładałem rękawiczki na bok, lewą ręką starałem się rozprostować kartkę, aby jak najszybciej przeczytać zostawioną na niej wiadomość.
Tik tak, Ashton...
Wiesz co to, prawda? Bombę umieścisz w swojej firmie. Miejsce nie jest ważne, nikogo to nie obchodzi. Twoim zadaniem jest tylko umieszczenie.
Mam dla Ciebie jeszcze bonus za posłuszeństwo. Wykonasz dzisiaj dwa zadania, jutro tak samo, więc szybciej odzyskasz swoją dziewczynę... o ile wciąż ją chcesz.
O! Prawie zapomniałem. Najlepsze zostawiłem na koniec. Kiedy wyjdziesz z firmy, kieruj się na 32 ulicę, tam będzie czekał na Ciebie stały skład i to oni wyjaśnią Ci kolejne zadanie.
Nie zawiedź mnie.
– Nie sądzisz, że to zadanie i telefon od szefa w tym samym dniu brzmi podejrzanie? – zapytał, gdy składałem kartkę i ponownie schowałem ją do kieszeni spodni.
– Dokładnie to samo sobie pomyślałem! Ale potem wziąłem to za szansę. No wiesz, mogłem się zemścić – powiedziałem, a on skinął głową. Czułem, że to on jest tym, który mnie rozumie, a nie ta kobieta.
Nie czekałem ani minuty dłużej i po prostu schowałem bombę do plecaka, żeby nie chodzić z nią w kieszeni. W biegu chwyciłem klucze mieszkania i opuściłem je, upewniając się, że zakluczę drzwi. Kiedy stałem przed budynkiem, złapałem taksówkę. Nie opłacało mi się brać samochodu skoro wiedziałem, że Steve i Ron będą na mnie czekać. Podałem kierowcy adres, pod który miał mnie zawieźć, po czym rozsiadłem się na tylnych siedzeniach i po prostu patrzałem na mijane samochody, a kiedy byliśmy na miejscu, zapłaciłem i opuściłem pojazd.
Wszedłem do tego przeklętego budynku i od razu napotkałem zdziwione spojrzenia pracowników, na które odpowiadałem szerokim uśmiechem. Dokładnie tym samym, psychopatycznym uśmiechem, który ostatnio tylko w niektórych sytuacjach schodzi z mojej twarzy. Podszedłem do swojego biurka, gdzie zdjąłem plecak i zacząłem chować swoje drobiazgi. Nie było ich jakoś szczególnie dużo, bo głównie były to zdjęcia Shay, więc nie zamierzałem ich tu zostawiać. Kiedy skończyłem, poszedłem do kuchni, mając nadzieję, że będzie pusta. Miałem chyba cholerne szczęście, bo nikogo tam nie było i mogłem spokojnie umieścić w niej bombę. Przeszedłem do wykonywania tej czynności według instrukcji, którą dołączono do przedmiotu. Po paru minutach wszystko było gotowe, a ja w spokoju mogłem opuścić to miejsce.
Irwin. – Odwróciłem się, aby zobaczyć stojącą przede mną Crystal.
Już stąd idę – syknąłem, drapiąc się po karku, ponieważ oficjalnie zacząłem się denerwować.
Chciałam tylko powiedzieć, że to nie była moja decyzja...
Jesteś w głównym zarządzie, to była twoja decyzja – wtrąciłem, unosząc trochę głos. Patrzałem na nią, gdy próbowała coś powiedzieć, ale za każdym razem kończyła, zamykając usta. – Spłońcie.
– To niemożliwe, że w taki sposób się pożegnałeś... to po prostu okropne! – wrzasnęła, jeszcze bardziej mnie irytując niż poprzednim razem.
– Zamkniesz się w końcu i dasz mi skończyć, czy nie?! – krzyknąłem, ściskając jej szyję w taki sposób, żeby dostarczyć jej jak najmniej tlenu. Skinęła głową, więc puściłem ją i odszedłem kawałek.
Opuściłem firmę z niekontrolowanym uśmiechem na twarzy i zacząłem kierować się na odpowiednią ulicę. Nie trwało to długo, wystarczyło tylko, żebym skręcił dwa razy i przeszedł przez jedno przejście, po czym zobaczyłem znajomy samochód, do którego od raz się udałem. Wsiadłem do środka, witając się z wszystkimi trzema chłopakami. Steve ruszył, a wtedy Max zaczął ze mną rozmowę. Na początku po prostu spytał jak się czuję, co totalnie mnie zdezorientowało, bo nie potrafiłem zrozumieć czemu właśnie o to pyta. Pomyślałem, że jest jednym z nich, ale w głębi duszy jest dobry.
Ten film.. – zaczął, ale uciszyłem go jednym ruchem ręki.
Zapomnij – powiedziałem przez zaciśnięte zęby, starając się brzmieć normalnie.
To zadanie wykonujemy razem – oznajmił, gdy nieco się uspokoiłem. – Za nami jedzie samochód, w którym jest pięć kolejnych osób, więc tym razem nie jesteś sam.
Będzie śmiesznie jak to spierdolisz – wtrącił Ron, a ja pozwoliłem sobie na uderzenie go w głowę.
Co to za zadanie? – zapytałem, odwracając się, aby zauważyć, że z tyłu jechał identyczny samochód do tego, w którym właśnie siedziałem. Jakim cudem nie zauważyłem go wcześniej...
Steve, Ron i reszta napadają na bank, my porywamy dwoje ludzi – oznajmił, gdy ponownie na niego spojrzałem. – Właściwie to za nami jadą dwa samochody, bo trzecim zwiejesz z zakładnikami, ale już beze mnie.
Max, gdzie do chuja mam ich zabrać?
Gdziekolwiek. – Wzruszył ramionami i spojrzał na zegarek, który wskazywał równo piątą po południu. – Musisz ich zabić.
Czy to nie jest to, co muszę robić za każdym razem? – zapytałem, cicho się śmiejąc, ponieważ to naprawdę mnie bawiło. – Ale po co mam porywać ludzi, którzy nie mają ze mną nic wspólnego?
W każdej grze jest wyjątek od reguły – skomentował Ron, gdy samochód zatrzymał się przed bankiem, w którym kilka dni temu byłem z Amandą.
Wysiadłem z samochodu w tym samym momencie co Max, po czym podszedł do mnie jakiś chłopak, który dał mi kluczyki do ostatniego samochodu. Spojrzałem na niego, współczując mu, że wybrał sobie taki los.
W ciągu minuty nic już nie było tak, jak powinno.
– Nawet sobie nie wyobrażacie jak to wszystko wyglądało z mojej perspektywy. Chaos to idealne słowo, żeby to opisać.
– Z naszej strony nie wyglądało to zbyt fajnie – odpowiedział, zmuszając mnie do spojrzenia na niego. – Prawie złamałeś mi kark, gdy uderzyłeś moją głową o to pieprzone biurko! – wrzasnął, starając się zadać mi cios nogą, ale uniemożliwiał mu to sznur obwiązany dookoła.
– Ach tak, to było nawet zabawne – skomentowałem, śmiejąc się przez chwilę.
Zauważyłem, że wszyscy zaczęli zakładać maski, nawet Max, ale ja nie miałem żadnej, więc zostałem bez. Wyjęli swoje pistolety zza paska spodki, po czym wbiegli do banku, krzycząc niezrozumiałe dla mnie słowa. Nie zostałem z tyłu, wbiegłem od razu za nimi, rozglądając się za kimś, kogo mógłbym zabrać i wtedy padło na osobę, która prawdopodobnie starała się wezwać pomoc. Podbiegłem tam i wyrwałem telefon z jego dłoni, następnie złapałem go za kark i uderzyłem głową o biurko. Wiedziałem, że był oszołomiony, więc nie postanowiłem tracić czasu. W całym tym chaosie dostrzegłem Maxa, który zbliżał się z jakąś babką do drzwi, więc złapałem kolesia pod ramię i starałem się jak najszybciej z nim wyjść. Kiedy doszedłem do samochodu, rzuciłem go na tylne siedzenie, po czym wróciłem do banku, tylko po to, żeby przyjrzeć się temu widowisku. Wszyscy albo leżeli, albo biegali dookoła, krzycząc wniebogłosy. Chciało mi się śmiać, bo przecież ich krzyki nie sprawią, że ktokolwiek im pomoże. W pewnym momencie usłyszałem za sobą krzyczącego Maxa i wtedy zrozumiałem, że na mnie już czas.
– Czemu mówisz o nas w trzeciej osobie, skoro jesteśmy tuż naprzeciwko ciebie?
– Dobre pytanie – przyznałem, marszcząc nieco brwi. – Przypomnij mi swoje imię.
– Czy to ważne? Zaraz i tak umrę – odpowiedziała, opuszczając głowę w dół, a ja ponownie się zaśmiałem.
– W końcu zaczęłaś coś rozumieć – powiedziałem z lekkim uśmiechem.
Zająłem w samochodzie miejsce kierowcy i odpaliłem silnik, po czym od razu wcisnąłem pedał gazu, aby jak najszybciej stąd odjechać. Nie wiedziałem, gdzie mam się teraz kierować, ale miałem w zanadrzu jedno miejsce, którego dawno nie odwiedzałem. Często spędzałem tam czas jako nastolatek, przez co w głowie coraz wyraźniej malował mi się wygląd ich śmierci. W lusterku wstecznym spojrzałem na leżące w tyle osoby, upewniając się, że nie będą próbowali nic mi zrobić. W żaden sposób nie byli unieruchomieni, więc miałem prawo obawiać się o swoje bezpieczeństwo.
– Żartujesz sobie? – syknął, ponownie zmuszając mnie do spojrzenia na niego.
– Wiem, że ona nic by mi nie zrobiła, ale ty jesteś facetem, to co innego – stwierdziłem i zauważyłem, że się ze mną zgadzał.
Kierowałem się na pole znajdujące się nieco za miastem. Wciąż doskonale pamiętałem drogę, więc nie zatrzymałem się ani na sekundę, dopóki nie dotarłem na miejsce. Upewniłem się, że nikogo tu nie ma i dopiero wtedy zająłem się wyciąganiem osób z samochodu, aby przywiązać ich do drewnianych słupów, znajdujących się przed maską samochodu. Najpierw zająłem się kobietą, ponieważ ważyła o wiele mniej i wiedziałem, że z nią pójdzie szybciej. Na początku miałem problem z utrzymaniem jej ciała przy słupie i jednocześnie wiązania sznurów, ale wreszcie mi się udało i mogłem skupić się na facecie.
– No i jesteśmy w miejscu historii, którą dalej już znacie – oznajmiłem i poszedłem do samochodu, aby teraz go przestawić. Kiedy skończyłem, wyciągnąłem z bagażnika zapasowy zbiornik z paliwem i podszedłem w poprzednie miejsce, stawiając zbiornik na ziemi.
– Naprawdę chcesz nas podpalić? – Spojrzałem na kobietę, podczas gdy lewą ręką wyciągałem z kieszeni papierosa i zapalniczkę.
– Myślę, że to będzie zwykły wypadek – powiedziałem, umieszczając papierosa między wargami, aby go podpalić. – Kurwa, przypomnijcie mi swoje imiona.
– Sarah.
– Jim.
– Ach, racja. – Wzruszyłem ramionami, zaciągając się papierosem. – To jest tak kurewsko zabawne widzieć strach w jej oczach, nie sądzisz, Jim? – zapytałem, wskazując palcem na kobietę.
– Więc robisz to wszystko, żeby uratować swoją dziewczynę? – zapytał, ignorując moje poprzednie pytanie.
– Gdybyś był na moim miejscu, nie zrobiłbyś tego samego? – Ponownie zaciągnąłem się papierosem, tym razem pozostawiając go w ustach.
Schyliłem się, aby sięgnąć zbiornik i zdjąłem osłonę, po czym spojrzałem na dwójkę znajdującą się przede mną. Przez chwilę zastanawiałem się, kto pierwszy powinien zostać oblany, całkowicie ignorując mówiącego do mnie Jima. Przeniosłem swój wzrok na Sarah i wtedy wstałem, decydując, że to ona będzie pierwsza. Ponownie zaciągnąłem się papierosem, po czym podszedłem do niej i wylałem benzynę na jej ciało. Słyszałem jak krzyczy i błaga, żebym przestał, ale nie zwracałem na to uwagi. Potem to samo zrobiłem z Jimem, ale różnica była taka, że na niego wylałem nieco więcej. Obróciłem się i robiąc kilka kroków, wylałem jeszcze trochę na ziemię. W tym momencie poczułem na sobie czyjś wzrok, ale nie był to nikt stojący za mną.
– Macie jakieś ostatnie życzenie? – zapytałem, patrząc na zmianę na Sarah i Jima.
– Chcę żyć - jęknęła przez łzy.
– Kochanie, obawiam się, że nie mogę tego dla ciebie zrobić – powiedziałem, po czym upuściłem niedopałek papierosa na ziemię, w miejscu gdzie wylałem benzynę.
Słyszałem głośne krzyki, gdy odchodziłem, co tylko upewniało mnie w przekonaniu, że wykonałem swoje zadanie. Wsiadłem do samochodu i ostatni raz spojrzałem na palących się przede mną ludzi. Zapaliłem silnik, po czym odjechałem, nie przejmując się tym, co właśnie zrobiłem.
W połowie drogi zorientowałem się, że mam za sobą towarzystwo, ale nie przykułem do tego większej uwagi. Zauważyłem to chwilę przed podpaleniem, teraz jedynie wszystko się potwierdziło. Wjechałem w leśną uliczkę przy mieście, gdzie pozostawiłem samochód i resztę drogi do domu pokonałem na nogach.
Pogoda jest taka piękna, i mimo że siedzę w domu to naprawdę nie mam chęci na pisanie, dlatego ten rozdział jest tak bardzo do dupy, whatever..

1 komentarz:

  1. Rozdział jest genialny! To jak opowiadał im wszystko no normalnie tak się w to wczułam że jak skończyłam czytać to miałam minę "już tak szybko to przeczytałam?"
    Nie mogę doczekać się nexta powodzenia i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń

Followers