24 sie 2015

7. Zagubiona dusza



Rozdział 7



Wróciłem do domu nad ranem i od razu zacząłem tego żałować. Całe to pomieszczenie przypominało mi o tym, kim się stałem. Dopiero teraz zacząłem rozumieć co takiego wyprawiałem. Wszystkie te morderstwa były niepotrzebne, a ja mogłem inaczej rozwiązać ten problem. A teraz czasu nie cofnę, mimo że bardzo bym chciał.
Podszedłem do okna, które sekundę później otworzyłem, chcąc wpuścić do mieszkania trochę świeżego powietrza. Przez chwilę naszła mnie myśl o tym, żeby to wszystko skończyć moją własną śmiercią, ale wtedy pomyślałem, co stanie się z Shay. Będą ją wiecznie torturować, aż w końcu zginie i wtedy przynajmniej znów będziemy razem. Problem w tym, że to przecież tak nie działa. Nie mogę ufać moim własnym przeczuciom, które mówią mi, że kiedy zginę, Shay zostanie uwolniona, bo na pewno tak się nie stanie. Wypuszczą ją dopiero wtedy, gdy wykonam swoje ostatnie zadanie, a o ile się nie mylę, zrobię to już jutro. Wiem, że nie będę umiał spojrzeć Shay w oczy i powiedzieć jej o wszystkich zabójstwach, do których się przyczyniłem. Będę tchórzem udającym, że nic się nie stało, a ona będzie nieświadomie żyć z potworem, bo właśnie tym się stałem. Jestem potworem.
Usiadłem na parapecie i lekko się wychyliłem. Przez moment myślałem o tym, jak to jest umierać poprzez upadek. Czy śmierć boli? Jeśli tak, jestem pewny, że na nią zasługuję. Zasługuję na najmocniejszy ból, jaki kiedykolwiek ktoś mógł doświadczyć. Wychyliłem się jeszcze bardziej i przyglądałem się ulicy. Była czysta, ale wszystko mogłoby się zmienić, gdybym tylko na nią upadł. Ludzie zgromadziliby się wokół mnie, krzycząc i próbując mi pomóc, ale byłoby za późno. Umarłbym na ich oczach, ciesząc się, że wreszcie zostałem uwolniony od tego koszmaru. To przecież nic złego móc być w końcu czystym.
– Ashton, co ty kurwa robisz?! – Ron złapał mnie za ramiona i wciągnął z powrotem do pokoju. Spojrzałem na niego spod przymrużonych powiek i tylko wzruszyłem ramionami, ponownie podchodząc do okna.
Teraz w myślach powróciłem do mojej matki. Przypomniałem sobie wyraz jej twarzy, kiedy ją zabijałem. Wtedy kierowało mną okropne uczucie żalu, które zamieniło się w coś cholernie ciężkiego do powstrzymania. Nie umiałem nad sobą zapanować, dopóki nie miałem pewności, że umarła. Zabiłem osobę, dzięki której mogłem żyć i poznać świat. Osobę, dzięki której spędziłem tyle wspaniałych chwil z Shay. Mimo tego co mi zrobiła, powinienem być jej choć trochę wdzięczny, a ja po prostu ją zabiłem.
Chwyciłem leżącą na parapecie paczkę Marlboro i wyjąłem jednego papierosa, którego od razu podpaliłem. Ponownie usiadłem na parapecie i ponownie się wychyliłem, tym razem patrząc do góry. Budynek nie był jakoś szczególnie wielki, ale upadek z dachu na pewno dałby mi to, czego potrzebuję teraz najbardziej – wieczne ukojenie i śmierć. Zaciągnąłem się papierosem, po czym odszedłem od okna i stanąłem naprzeciw Rona.
– Zabij mnie – powiedziałem, wypuszczając dym prosto w jego twarz.
– Dajesz sprzeczne sygnały – zażartował.
Odrzuciłem papierosa i zacisnąłem dłonie w pięści, powstrzymując się przed zadaniem mu ciosu, ale ostatecznie skończyłem przyciskając go za kołnierz do ściany. Oddychałem coraz ciężej, aż wreszcie dotarło do mnie co robię i puściłem go, odchodząc kilka kroków w tył. Potrząsnąłem głową, opadając na kolana i głośno krzycząc. Czułem na sobie przenikliwe spojrzenie Rona, ale z całych sił starałem się je ignorować. W końcu zebrałem w sobie wszystkie siły i wstałem.
– Wszystko w porządku? – zapytał, na co skinąłem głową i schyliłem się po wcześniej wyrzuconego papierosa. Ostatni raz się zaciągnąłem, po czym zagasiłem go o parapet, nie martwiąc się tym, że zostanie ślad.
– Sorry – powiedziałem, patrząc na niego.
– Nie spodobają ci się dzisiejsze zadania – poinformował mnie, niepewnie siadając na zawalonym ciuchami łóżku. – To dotyczy bezpośrednio ciebie i Shay.
Ponownie skinąłem głową, starając się zignorować nieprzyjemne uczucie w żołądku, gdy wypowiedział jej imię.
– Mów – nakazałem, patrząc prosto w jego oczy.
– Pozbawisz sieroty dachu nad głową – szepnął, unikając mojego wzroku.
Spojrzałem na niego szerzej otwartymi oczami, jednocześnie szarpnąłem za swoje włosy, ponieważ to było to, czego się obawiałem. W ciszy odliczyłem do dziesięciu, wciąż szarpiąc za włosy, aż wreszcie minimalnie się uspokoiłem.
– Żartujesz? – syknąłem, podchodząc bliżej niego.
– Nie ja wybieram zadania.
– Powiedz coś więcej. – Usiadłem obok niego i oparłem ręce na kolanach.
– Chodzi o to, że musisz podpalić sierociniec, w którym się wychowywałeś – oznajmił, sprawiając, że miałem jeszcze większą ochotę, żeby się zabić.
– Nie mogę tego zrobić – szepnąłem, kręcąc głową w niedowierzaniu.
– Musisz...
– Kurwa mać! – wrzasnąłem, wstając i kopiąc wszystko, co znalazło się w zasięgu mojej nogi. – Nie mogę im tego zrobić! To są kurwa dzieci, które już i tak mają zniszczone dzieciństwo! Zajebię go, kurwa mać, zabiję go! Powiedz mi, gdzie go, kurwa, znajdę?!
– Spokojnie dzieciaku. – Steve złapał mnie za ręce, unieruchamiając je, przez co poczułem lekki dyskomfort. – Masz minutę, żeby się uspokoić i przygotować do wyjścia – poinformował mnie, po czym kontynuował: – Ron, zaczekaj w samochodzie.
Chłopak skinął głową i wstał, kierując się do wyjścia, a kiedy drzwi trzasnęły, Steve puścił moje ręce i szarpnął za bluzkę, przyciskając mnie do ściany zupełnie tak samo, jak kilka minut temu zrobiłem to z Ronem.
– Posłuchaj – syknął, uderzając w mój policzek. – Spędzimy razem jeszcze tylko dwa pieprzone dni, więc lepiej dla ciebie, żebyś był miły i wykonywał swoje zadania tak, jak wcześniej, więc nie będzie niepotrzebnych sporów, które musielibyśmy dokończyć, gdy to całe gówno się już skończy. Rozumiesz mnie? – Ścisnął moje gardło, uniemożliwiając mi wzięcie pełnego wdechu, więc szybko skinąłem głową, dzięki czemu odpuścił. – A teraz zapierdalaj do samochodu!
Zrobiłem to co chciał i w ciągu kilku minut znalazłem się w samochodzie wraz z Ronem. Spojrzałem na niego, chcąc przeprosić za wcześniej zaistniałą sytuację, ale w głębi duszy nie miałem ochoty tego robić, więc milczałem. W końcu Steve odpalił silnik i ruszyliśmy. Pamiętałem całą drogę na pamięć i tylko odliczałem minuty do momentu pojawienia się przed sierocińcem. Domyślałem się, że to będzie mnie kosztować dużo więcej niż poprzednie zadania i obawiałem się, że ostatecznie wymięknę. Łatwo jest zabić ludzi, którzy w jakiś sposób zniszczyli mi życie, ale trudniej pozbawić dzieci ich jedynego domu.
Zauważyłem znajomy znak i wiedziałem już, że zostały nam jakieś dwie minuty jazdy. Czułem, że moje dłonie strasznie się pocą oraz trzęsą, a wycieranie ich w dresy nic nie dawało, a jedynie wzmagało ból poparzonej nogi.
– Nie dam rady – powiedziałem, przyglądając się widokowi, który tak bardzo znałem. – To jest przesada. Dla tych dzieci to wszystko co mają, nie mogę tak po prostu tego zniszczyć.
Opuściłem głowę w dół i zająłem się wyginaniem palców na wszystkie możliwe strony. Przestawałem za każdym razem, gdy ból był już nie do wytrzymania, ale po sekundzie znów zaczynałem i tak w kółko.
– Musisz.
Ron odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie, a w jego oczach byłem w stanie dostrzec współczucie. Westchnąłem i ponownie opuściłem głowę, starając się zapanować nad wzmagającymi się wewnątrz emocjami.
– Jakie jest drugie zadanie? – zapytałem i tym razem Steve również na mnie popatrzył.
– Zabijesz matkę Shay – powiedział poważnym tonem, przez co miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
Gwałtownie otworzyłem drzwi i wysiadłem z samochodu, odchodząc kilka kroków, gdzie wyładowałem swoje emocje na drzewie. Uderzałem w nie tak długo, dopóki nie poczułem, że moje palce wystarczająco bolą, a krew powoli sączy się z malutkich ran. Ostatni raz uderzyłem w drzewo, tym razem nogą i w końcu przestałem, rozumiejąc co było prawdziwym powodem wyboru wszystkich zadań.
– On chce mnie zniszczyć – szepnąłem, otwierając szerzej oczy. – Od samego początku chodziło mu o mnie! – wrzasnąłem, podchodząc do samochodu, z którego Ron i Steve zdążyli już wysiąść.
– Masz się kurwa uspokoić i nie robić scen! – Steve podszedł do mnie i ścisnął za szyję. Teraz oddychałem jeszcze głośniej i ciężej, a on zachowywał się tak, jakby czerpał z tego przyjemność.
– To mój były szef, prawda? – zapytałem, odpychając jego ręce, gdy poczułem natychmiastową potrzebę zaczerpnięcia powietrza. – To ten skurwiel za tym wszystkim stoi!
Spojrzałem na Steve'a, który stał w wyraźnym szoku, po czym przeniosłem wzrok na Rona, a jego reakcja wszystko mi zdradziła. Teraz miałem już całkowitą pewność, że się nie myliłem. To on był moim jedynym wrogiem, więc nie ma mowy, że ktoś inny mógłby za tym stać. Ten pieprzony psychopata zapłaci za wszystko co zrobił mi i Shay. Zapłaci za to swoim własnym życiem.
– Gdzie go znajdę? – Wyminąłem Steve'a i zatrzymałem się przed Ronem, który tylko wzruszył ramionami.
– Nie wiem o kim mówisz. – Jego głos drżał, więc byłem pewny, że kłamał.
– Och tak, doskonale wiecie o kim mówię. Wiecie wszystko o moim życiu, nie pamiętasz? – syknąłem, pchając go na bok samochodu, po czym zadałem zdecydowany cios w twarz.
– Kurwa mać! – wrzasnął, dotykając złamanego nosa, z którego dosyć szybko sączyła się krew. – Przysięgam, że cię zabiję, gdy to wszystko się skończy.
– Przysięgam, że cię zabiję, gdy ten dzień się skończy – oznajmiłem, a jego oczy zrobiły się większe, więc wiedziałem, że się bał.
– Będziesz musiał pierw zabić mnie – wtrącił Steve, sprawiając, że na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Obróciłem się w jego kierunku i głośno się zaśmiałem.
– Co sprawia, że myślisz, że tego nie zrobię?
Przyglądałem się jego zmieniającej się minie, kiedy wyraźnie rozmyślał nad moim pytaniem. Ponownie się zaśmiałem i poszedłem w kierunku wejścia do sierocińca. Nie do końca wiedziałem co mną kierowało, ale czułem, że to jest właśnie to, co muszę zrobić, żeby choć w mniejszym stopniu czuć się winnym. Pchnąłem drzwi, a do moich nozdrzy od razu doszedł charakterystyczny zapach tego miejsca. Uśmiechnąłem się, przypominając sobie czas, jaki spędziłem w tym miejscu. Wspomnienia przebiegały w mojej głowie, zastępując myśli o dzisiejszych zadaniach. Zatrzymałem się obok drzwi prowadzących do pokoju, w którym spałem. Spojrzałem na małą szybę, zauważając siedzącego na podłodze chłopczyka. Bawił się tymi samymi zabawkami, które zawsze brałem, ponieważ uważałem, że są to jedyne zabawki, którymi może bawić się chłopiec. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka, siadając obok niego.
– Mieszkałem tu kiedyś – powiedziałem, zwracając jego uwagę na siebie. – Spałem na tamtym łóżku – dodałem po chwili, wskazując palcem na łóżko, które stało zaraz przy oknie.
– Też na nim śpię! – krzyknął radośnie i podbiegł do łóżka, aby na nie wskoczyć, po czym znów spojrzał na mnie, szeroko się uśmiechając. Uspokoił się dopiero wtedy, gdy w drzwiach stanęła pewna kobieta.
– Ashton – szepnęła, a ja od razu wstałem i podszedłem do niej.
– To właśnie ja – powiedziałem z uśmiechem, przytulając ją do siebie. – Musi mnie pani posłuchać, to bardzo ważne. – Zmarszczyłem brwi i ostatni raz spojrzałem na chłopczyka. – Ubierz się póki masz czas.
Złapałem opiekunkę za rękę i odszedłem z nią w głąb korytarza. Zatrzymałem się dopiero, gdy uznałem, że nikt nas nie usłyszy, a ja mogę swobodnie wszystko jej powiedzieć.
– Ile dzieci tu mieszka?
– W obecnej chwili tylko dziesięć – odpowiedziała, na co skinąłem głową i rozejrzałem się dookoła.
– Muszą stąd jak najszybciej wyjść. Na pewno słyszała pani o ostatnich zabójstwach, a ja dowiedziałem się, że obecnym celem jest sierociniec – skłamałem, ale ona doskonale zrozumiała, co miałem na myśli. – Podam pani adres do mojego mieszkania, możecie się tam zatrzymać – dodałem, wręczając jej klucz.
– Kiedy to się stanie? – zapytała z wyraźnie brzmiącym żalem w głosie.
– Dzisiaj – szepnąłem, opuszczając głowę w dół. – Moi przyjaciele zapewnią wam transport, ale weźcie tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
– Trzeba zadzwonić na policję – powiedziała poważnym tonem, sprawiając, że natychmiast ożyłem i wyprostowałem się.
– Dowiedzą się o tym i przyjdą w inny dzień. To nieuniknione – westchnąłem, odchodząc kilka kroków. – Pół godziny, proszę pani. Musimy to jak najszybciej załatwić – dodałem, zbliżając się do drzwi, aż wreszcie opuściłem budynek i ponownie stanąłem obok Steve'a i Rona.
– Co ty tam kurwa robiłeś? – wrzasnął Steve, chcąc znów złapać mnie za szyję, ale odsunąłem się w odpowiednim momencie.
– Zabierzecie ich do mojego mieszkania, dopiero wtedy będę w stanie wykonać zadanie – oznajmiłem, a Ron natychmiast skinął głową i wyprzedził Steve'a, żeby zająć miejsce kierowcy.
– Jestem bardziej przyjazny dla dzieci niż ty – zażartował, przez co głośno się zaśmiałem.
Równo pół godziny później dzieci wybiegły z budynku i wszystkie stanęły naprzeciw mnie. Spojrzałem na opiekunkę i wyznaczyłem trójkę dzieci, która zabierze się jako pierwsza. Przyglądałem się jak samochód znika z zasięgu mojego wzroku, po czym zająłem się pozostałymi dziećmi, które były bardzo chętne na zabawę.
Dwie godziny później budynek pozostał pusty, a ja znów zostałem sam ze Stevem, więc nie czekałem ani minuty dłużej i po prostu chwyciłem potrzebne rzeczy, następnie wylałem benzynę przy wejściu do sierocińca i upuściłem zapałkę, która od razu wywołała pożar. Powróciłem na wcześniejsze miejsce, skąd przyglądałem się jak ogień pochłania cały budynek. Czułem ogromny ucisk w sercu, ponieważ właśnie niszczyłem swoje własne wspomnienia.
– Musimy się schować – szepnął Steve, gdy usłyszał dźwięki syren. Nie wiedzieliśmy czy jechała straż, czy policja, ale nie zamierzałem ryzykować.
Wspólnie ukryliśmy się między krzakami, pamiętając o tym, żeby poinformować o tym Rona. Wciąż miałem doskonały widok na to, co sam spowodowałem. Strażacy usilnie próbowali zagasić ogień, ale on jakby tylko bardziej się rozprzestrzeniał.
Kilkanaście minut później Ron zatrzymał się w bezpiecznym miejscu, a my natychmiast wsiedliśmy do samochodu. Odjechał z piskiem opon, ale w tym momencie nikt nie zwrócił na nas uwagi. Zastanawiałem się, gdzie teraz jedzie, ponieważ droga była dla mnie zupełnie obca. W pewnym momencie Steve odwrócił się do mnie, podając mi ten sam pistolet, którym zabiłem Theo. Spojrzałem na niego nie do końca wiedząc, co miałbym z nim zrobić, a wtedy wskazał na kobietę idącą przed nami. Poznałem ją, mimo że szła tyłem. Westchnąłem, uświadamiając sobie, że muszę ją zastrzelić. Ron zwolnił, kiedy przejeżdżał obok niej, a wtedy zsunąłem szybę w dół i wystawiłem dłoń z pistoletem. W ciszy odliczyłem do pięciu, po czym nacisnąłem spust, czując lekki odrzut. Widziałem jak pocisk przebija jej szyję, więc było pewne, że nikt jej nie uratuje. Upadła na chodnik w tym samym momencie, w którym Ron dodał gazu i odjechał, pozostawiając ją tam zupełnie samą. Natychmiast odwróciłem się, żeby w tylnej szybie zauważyć podchodzących do niej ludzi.
– Zabierz to ode mnie – syknąłem, wystawiając przed siebie broń. Steve zaśmiał się i zabrał ją z mojej dłoni, gdy zamierzałem opuścić samochód.
– Do zobaczenia jutro – powiedział melodyjnym głosem, więc zatrzymałem się i uderzyłem pięścią w jego twarz.
Trzasnąłem drzwiami, po czym przeszedłem do windy, chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu, który tym razem nie będzie świecił pustkami. Niepewnie wszedłem do środka, gdy byłem już na odpowiednim piętrze. Rozejrzałem się dookoła, nie zauważając nigdzie ani jednego dziecka. Wrzasnąłem i uderzyłem kilka razy w ścianę, domyślając się, co Ron mógł z nimi zrobić.
Więc nie uratowałem ich, nie podołałem i ponownie przyczyniłem się do śmierci kolejnych niewinnych osób... to zdecydowanie powinienem być ja.  


1 komentarz:

  1. Rozdział świetny no oprócz tych zabójstw i podpalenia sierocińca co do Ron'a miałam w nim pewne zaufanie ale od dzisiaj to zaufanie zniszczył... Czekam na następny życzę weny!

    OdpowiedzUsuń

Followers