31 sie 2015

8. Zagubiona dusza


Rozdział 8



– Jak się czujesz z tym, że to twoje ostatnie zadanie? – Usłyszałem w słuchawce, zaraz po tym jak Steve podał mi swój telefon.
– Przejdźmy do rzeczy – nakazałem, ale on tylko się zaśmiał.
– Porozmawiajmy...
– Po prostu się kurwa zamknij i powiedz co mam zrobić – wtrąciłem, zanim mógł dokończyć swoją myśl.
Odwróciłem się i zagryzłem od środka policzki, starając się powstrzymać wzrastające zirytowanie, ale z każdą sekundą było coraz gorzej.
– Podobno lubisz dzieci – zadrwił, głośno się śmiejąc, jednak ja wciąż walczyłem z własnymi emocjami. – Pewien dzieciak ma informacje dotyczące pobytu twojej dziewczyny.
Otworzyłem szerzej oczy, ponieważ to najwidoczniej oznaczało, że muszę zrobić coś temu dziecku. Po wczorajszych wydarzeniach nie byłem na to gotowy. Nie byłem gotowy na żadne zadanie, nieważne na czym by polegało.
– Nie każ mi go zabijać – syknąłem, zaciskając pięści wokół krzesła.
– Nie zabijesz go. Po prostu poproś go o te informacje. – Znów się zaśmiał, po czym usłyszałem dźwięk kończącego połączenia.
Z uniesionymi brwiami spojrzałem na Steve'a, który tylko wzruszył ramionami i zabrał ode mnie swój telefon. Czułem, że coś jest nie tak, ponieważ po tym wszystkim co się wydarzyło, nie ma mowy, że moje ostatnie zadanie będzie tak dziecinnie proste... co za ironia.
– Nie podał mi żadnych informacji – stwierdziłem, patrząc wyczekująco na Steve'a.

Zaśmiał się i skinął na mnie głową, zachęcając do tego, bym za nim poszedł. Mimo wszystko ruszyłem, ponieważ chciałem jak najszybciej dotrzeć do Shay, więc musiałem wyciągnąć od niego szczegóły dotyczące pobytu tego dziecka.
– Nie wsiądę do samochodu, jeśli Ron w nim będzie – poinformowałem go, kiedy wspólnie opuściliśmy windę.
Ponownie się zaśmiał, przez co miałem ochotę spoliczkować jego twarz, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili, gdy zauważyłem idącego w naszym kierunku Maxa. Odetchnąłem z ulgą, przybijając z nim piątkę. Do tej pory uważałem, że to Ron jest tym, któremu mogę zaufać, ale od wczoraj uważam zupełnie inaczej. Steve wciąż nie zasługuje na to, by ktokolwiek mu ufał i jestem pewny, że doskonale o tym wie, a ja nie mam zamiaru tracić na niego czas. W głębi duszy czułem, że to Max jest tym, który wpakował się w to gówno, mimo że wcale tego nie chciał.
– Stary, wyglądasz jak duch! – Spojrzałem na śmiejącego się Maxa i tylko wzruszyłem ramionami, ignorując jego beznadziejny komentarz.
Miał rację. Wyglądałem i czułem się jak duch, mimo że starałem się to ukryć.
– Dobrze, że to już koniec – szepnąłem, opierając głowę o zagłówek
– Nie żartuj, to nie koniec!
Max klepnął moje kolano, przez co zacząłem się zastanawiać nad jego orientacją. Szeroko się uśmiechnął, podczas gdy Steve wreszcie ruszył. Odwróciłem od niego wzrok, wpatrując się teraz w swoje dłonie. Te dłonie, które mają na sobie tak wiele krwi. Ponownie zacząłem nienawidzić siebie za to, jak dałem się zmanipulować. Kimkolwiek był człowiek, który porwał Shay, trafił w mój najczulszy punkt i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, inaczej nie rozpocząłby ataku. Dopiero teraz zrozumiałem jak długo musiał to wszystko planować, żeby każde zadanie wyszło tak, jak on chciał. Musiał znać każdy mój krok, więc na pewno knuł od dobrych kilku miesięcy. Tylko jakim cudem niczego nie zauważyłem...
– Cieszysz się, że nikogo nie zabijesz? – Max przerwał moje rozważania, a ja ponownie skupiłem na nim swoją uwagę.
– Zastanawiam się jaki jest haczyk – odpowiedziałem, zagryzając prawy policzek, ponieważ to jest to, co od jakiegoś czasu sprawia, że mogę się uspokoić. – To zadanie jest zbyt proste, nie wierzę, że tylko o to chodziło – dodałem po chwili, kiedy Steve zatrzymał się na czerwonym świetle i odwrócił głowę w moją stronę.
– Dzisiaj nie ma żadnego haczyka, zlitował się nad tobą – oznajmił, wzruszając ramionami i cicho się śmiejąc. – To zasługa Maxa.
– C-co? Jak to? – zapytałem zdezorientowany.
– Wczoraj zabił wystarczająco dużo dzieci.
– Racja – syknąłem.
Dalsza jazda zajęła jakieś piętnaście minut drogi przy korkach, mimo wczesnej godziny. Dziwiłem się, że ludzie rzeczywiście zamierzają gdzieś jechać i nie potrafiłem odnaleźć w tym sensu, ponieważ jest środek tygodnia i nie ma mowy, że wszyscy naraz dostali wolne.
Przyglądałem się mijanym budynkom, podziwiając sposób, w jaki zostały wzniesione. Przypomniałem sobie teraz dzień, w którym miałem dziesięć lat, a moja klasa jechała na wycieczkę do muzeum. Siedziałem grzecznie na swoim miejscu, mimo że wewnątrz ekscytowałem się każdym budynkiem, na który spojrzałem. Mieszkając w sierocińcu byłem przyzwyczajony do miejsc, przez które przechodziliśmy z opiekunką, kiedy prowadziła mnie do szkoły, dlatego jako jedyny w klasie cieszyłem się z możliwości wycieczki, chociaż muzeum znajdowało się na drugim końcu miasta. Nikt nie rozumiał czemu tak bardzo mnie to cieszy, ponieważ wszystkie dzieci miały takie atrakcje na co dzień, a ja prawie nigdy.
Przez dłuższy czas rozmyślałem o tym, czego nauczyłem się mieszkając w sierocińcu, po czym przyznałem w myślach, że to jednak było najlepsze co mnie w życiu spotkało. Byłem pewien, że żyjąc z matką, nie starałbym się aż tak bardzo, żeby dążyć do zaspokojenia swoich pragnień i celów. Poddałbym się przy pierwszej przeszkodzie, zapominając o tym, że zależało mi na byciu kimś. W sierocińcu pragniesz tego o wiele bardziej niż normalnie. Wiesz, że musisz zająć ważne miejsce, żeby ludzie nie patrzyli na ciebie przez pryzmat tego, gdzie się wychowywałeś. A kiedy osiągasz cel, jesteś z siebie dumny, cholernie dumny, bo wreszcie możesz powiedzieć, że miałeś udane dzieciństwo, mimo braku ludzi, którzy także powinni być z ciebie dumni. I wtedy uświadamiasz sobie, że życie naprawdę ma sens, jeśli tylko dążysz do tego, aby jego sens nigdy nie został utracony.
Wysiadłem z samochodu, dokładnie kiedy Steve go zatrzymał i wskazał na niewielki plac zabaw, na którym było kilka dzieci. Od razu rozpoznałem jedno z nich, ponieważ był to brat Shay i w duchu cieszyłem się, że nie muszę go zabić. Oparłem się o drzwi, którymi parę sekund temu trzasnąłem, czekając aż Max upewni mnie w przekonaniu, że to właśnie Ricky jest dzieckiem, który ma potrzebne informacje.
– To on? – zapytałem, wskazując palcem na Rickiego, gdy Max stanął obok mnie i odpalił papierosa, wyciągając paczkę w moją stronę.
Wziąłem fajkę między usta i pospiesznie ją podpaliłem, rozkoszując się dymem, który zapełniał moje płuca. Po tym jak Max skinął głową, staliśmy oparci o samochód, w ciszy paląc swoje papierosy. Przyglądałem się biegającemu dookoła piaskownicy chłopcu. Zachowywał się tak, jakby nic nie wiedział o śmierci swojej matki i w głębi duszy czułem, że nikt mu jeszcze nie powiedział, albo usłyszał pieprzone kłamstwo, którym zawsze karmił go ojciec. Wzdrygnąłem się na tę myśl, po czym ostatni raz zaciągnąłem się papierosem i wyrzuciłem go na ziemię, żeby przydeptać niedopałek.
– I to tyle? – Spojrzałem na Maxa, który tylko wzruszył ramionami, delikatnie się przy tym uśmiechając.
– Już wszystko zrobiłeś, jesteś wolny – stwierdził, klepiąc moje prawe ramię. – Naprawdę jest mi przykro – dodał po chwili, nieco cichszym głosem, ale wciąż byłem w stanie go usłyszeć.
– Dlaczego? – zapytałem, marszcząc nieco brwi, ponieważ w tym momencie zacząłem się ekstremalnie denerwować.
– Myślę, że niedługo sam się przekonasz – odpowiedział, jednocześnie otworzył drzwi pasażera, będąc gotowym do opuszczenia mnie. – Pamiętaj tylko, że zawsze byłem po twojej stronie. Próbowałem pomóc, ale moje słowa przeciwko jego... byłem na przegranej pozycji – westchnął, sprawiając, że zacząłem analizować każde pojedyncze słowo, które wypowiedział, doszukując się głębszego znaczenia.
– Wsiadaj gnojku! – krzyknął Steve, przez co Max zmuszony był wykonać jego polecenie.
Po raz ostatni smutno się uśmiechnął, po czym wsiadł do samochodu, a ja przyglądałem się jak odjeżdżają, pozostawiając mnie z wieloma pytaniami, na które prawdopodobnie nieprędko uzyskam odpowiedzi.
Niepewnie stawiałem kroki, kierując się w stronę Rickiego. Chłopak dosyć szybko mnie zauważył i ruszył w moim kierunku, a kiedy był naprzeciwko, przytulił się do moich nóg. Zaśmiałem się, ale mimo wszystko czułem pewnego rodzaju ulgę, ponieważ on wciąż mnie lubił i wciąż nie wstydził się tego okazywać. Poczochrałem jego włosy, przez co odsunął się i spojrzał na mnie do góry. Szeroko się uśmiechał, więc byłem pewien, że nie zna prawdy o swojej matce, dlatego jest szczęśliwy, w innym przypadku nie byłoby go tutaj.
– Gdzie Shay? – zapytał, spoglądając za mnie, gdzie prawdopodobnie nikogo nie było.
– Miałem nadzieję, że ty mi powiesz – westchnąłem, idąc powoli w kierunku ławki, na której usiadłem i wskazałem Rickiemu, żeby również to zrobił.
– Jakiś pan tu był – powiedział radośnie , machając rękami w powietrzu.
Zacząłem się śmiać, ponieważ to naprawdę wyglądało zabawnie, ale przestałem w momencie, w którym spadł z ławki, prawie rozbijając sobie głowę o kamień. Podniosłem go do góry, upewniając się, że na pewno nic mu nie jest.
– A teraz wersja spokojniejsza – nakazałem, a on skinął głową i spojrzał w moje oczy.
– Wiesz, że mam już sześć lat, prawda? – Klasnął dłońmi, którymi chwilę później wskazał sześć palców. – Nie byłeś na moich urodzinach. – Opuścił głowę w smutku, uderzając mnie lekko w udo.
– Ale wysłałem ci prezent.
– Tak! – krzyknął radośnie, wstając, więc jest teraz na równi ze mną. – Wszyscy mi zazdroszczą takiego super samochodu!
– Wciąż działa? – zapytałem, a on kiwnął głową, przez co się uśmiechnąłem. – Powiesz mi coś o tym panu co tutaj był?
– Był wysoki! – Podniósł rękę najwyżej jak umiał, chcąc pokazać jego wzrost, ale skończył, gdy uznał, że jednak mu się to nie uda. – I on przypomina ciebie – dodał po chwili, kiedy ponownie usiadł. – Myślałem, że to ty, dopóki nie powiedział, że ma na imię Jamie. Śmieszne, prawda?
– Myślę, że to nie jest śmieszne, Ricky – powiedziałem dość ostrym tonem, aby dać mu do zrozumienia, że te rzeczy nie są zabawne. – Co chciał?
– Dał mi kartkę – odpowiedział, wyjmując z kieszeni zgniecioną i zabrudzoną czekoladą kartkę.
– Dał ci też czekoladę, prawda? – spytałem, śmiejąc się, kiedy próbowałem rozprostować papier, a on wzruszył ramionami, szeroko się uśmiechając.
– Coś jeszcze powiedział? – Pokiwał przecząco głową, więc pozwoliłem mu iść z powrotem się bawić.
To naprawdę śmieszne jak łatwo jest zmanipulować sześcioletnie dziecko. Jestem pewny, że chciałbyś wiedzieć co mu powiedziałem, ale obiecał mi, że nic ci nie powie.
Zirytowany spojrzałem na Rickiego, który obecnie dokuczał jakiemuś chłopcu, który zabrał jego samochód. Westchnąłem i powróciłem do czytania, mimo że wcale nie chciałem wiedzieć co takiego mu zrobił, żeby Ricky faktycznie milczał.
Chcesz wiedzieć, gdzie jest Twoja dziewczyna? To bardzo łatwa zagadka. Ukryłem ją w miejscu, do którego od dawna nie zaglądasz. Przypomnij sobie co robiłeś zanim ją poznałeś; w jakie miejsca najczęściej chodziłeś. Jestem pewny, że obraz tego miasta dokładnie wymalował się w Twojej głowie.
Miał rację. W chwili, w której przeczytałem te słowa, w mojej głowie automatycznie pojawiło się miejsce, do którego codziennie chodziłem, aby poczuć się zrelaksowanym. W moim życiu był taki okres, kiedy uważałem, że narkotyki naprawdę mi pomagają i wtedy poznałem ludzi, którzy siedzieli w tym od dawna. Spotykaliśmy się każdego wieczora na starym cmentarzu, którego nikt od kilkunastu lat nie odwiedzał, ponieważ dosłownie wszystko zostało tam zniszczone przez siły natury. Stworzyliśmy sobie przytulny kąt, w miejscu, gdzie rodziny mogły po raz ostatni spojrzeć na zmarłą osobę i pożegnać ją. Nie obchodziło nas, że otaczamy się zmarłymi ludźmi i im prawdopodobnie nie podobało się, że naruszamy ich spokój w taki sposób. Liczyło się tylko zaspokojenie własnych potrzeb i zapomnienie o rzeczywistości.
No już, ruszaj tyłek na ratunek Shay... chociaż wcale nie jest tego warta.
Wzdrygnąłem się, czując falę złości zapełniającą moje ciało. Upewniłem się, że Rick nie zwraca na mnie uwagi i natychmiast poszedłem w stronę ulicy, gdzie całą swoją uwagę poświęciłem na złapanie taksówki. Ucieszyłem się, kiedy po minucie mi się udało. Podałem kierowcy adres, niecierpliwiąc się, ponieważ jego jazda była naprawdę powolna, a ja muszę jak najszybciej znaleźć Shay.
– Można szybciej? – zapytałem, a on tylko pokręcił głową, przez co się bardziej zdenerwowałem.
Dwadzieścia minut później byliśmy na miejscu, a kiedy zapłaciłem mu należną kwotę, zacząłem biec do starego budynku. Nie spotkałem na swojej drodze żadnej żywej osoby, co oznaczało, że ludzie, którzy tu przychodzili, wreszcie odnaleźli dla siebie właściwą drogę.
– Shay! – krzyknąłem, gdy udało mi się wbiec do środka.
Rozejrzałem się dookoła, napotykając jedynie ciemność i pojedyncze rozjaśnione miejsca, na które padało słońce przez otwarte drzwi. Poszukałem w kieszeni zapalniczkę, przypominając sobie, że muszą tu gdzieś być świece, a gdy udało mi się namacać ich kształt, podpaliłem każdą z osobna, nadając pomieszczeniu jasności. Ponownie się rozejrzałem, poszukując wzrokiem sylwetki Shay, ale zauważyłem jedynie zamkniętą trumnę, stojącą w miejscu, gdzie stawiano trumny z ludźmi, którzy mieli być pochowani. Poczułem jak bicie mojego serca przyśpiesza, a mięśnie zaciskają się. Starałem się nie dopuścić do siebie myśli o tym, co mogę tam znaleźć.
Powoli podszedłem w kierunku trumny, ignorując nieprzyjemne uczucie rosnące w moim brzuchu i wzbierające się w oczach łzy. Podniosłem jej wieczko, nie patrząc w dół, ale wreszcie musiałem to zrobić. Opuściłem swój wzrok, napotykając posiniaczone i poranione ciało Shay. Odsunąłem się kawałek do tyłu, szeroko otwierając oczy i nie dowierzając temu, co zobaczyłem. Jej klatka piersiowa nie unosiła się, więc byłem pewny, że nie żyje. Nawet nie zauważyłem, kiedy łzy zaczęły spływać po moich policzkach, ale nie przejmowałem się tym, ponieważ moja dziewczyna nie żyje. Dziewczyna, dla której zabiłem tak wiele niewinnych osób, i dla której ryzykowałem swoim życiem, żeby tylko ją uratować. Nachyliłem się nad nią, aby złożyć pocałunek na jej ustach. Odgarnąłem nieco włosy z jej twarzy, chcąc przypomnieć sobie jak pięknie się uśmiechała, kiedy miała ku temu powody. W tej chwili całe moje życie straciło sens.
Usiadłem obok trumny, opierając ręce na kolanach. W ułamku sekundy dotarło do mnie, co Max próbował mi przekazać, kiedy odjeżdżali. Chciał ją uratować, teraz to wiedziałem.  
I to by było na tyle. Stay tuned: za tydzień epilog. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Followers